czwartek, 18 listopada 2010

moje pierwsze figurki z masy solnej. Normalnie lepię z gliny samoschnącej; co po wyschnięciu rozpada się na kawałki, trzeba skleić klejem (dobrze działa introligatorski, do tego bardzo szybko schnie) i dopiero wtedy pomalować i polakierować. No i też normalnie robię aniołki. Koty wyszły całkiem, całkiem, ten leżący ma taki szelmowski uśmiech, jak kocur z 'Kota w stanie czystym' Terry'ego Pratchetta (zarówno opisy, jak i rysunki są czaderskie). I jak tak przeglądam sobie swoje różne stworki ulepione, coraz bardziej mi się chce sięgnąć po glinę. A tymczasem czas zasuwa jak szalony i nie ma kiedy się zabrać za to, co by się chciało, a pomysłów akurat mi nie brakuje! Heh... Muszę nauczyć się bardziej sprężać, chyba... 
No i koty te przypomniały mi o urodzinach kumpeli, o których normalnie zapomniałam! A tak starałam się pamiętać, żeby nie zapomnieć. Zrobiłam je dla niej ponad rok temu! To chyba kolejny dowód na to, że czas płynie swoim, niespecjalnie uchwytnym dla mnie tempem.

1 komentarz: