sobota, 6 grudnia 2014

Święta idą, idą święta...

Jakoś tak ciężko ostatnio zabrać mi się do jakiejkolwiek konstruktywnej pracy. Heh... 
W każdym razie wzięłam się za mniejsze świąteczne prace i zrobiłam trochę podkładek pod kubki. W Robin's patchwork jest mega wybór świątecznych materiałów. Problem mam nadal z lamówkami, których nie cierpię po prostu. Przez co udało mi się skończyć tylko 2 z tych podkładek. A święta tuż, tuż...



Poza tym zdarzyło mi się też uszyć poduchy dla znajomych, którzy są żeglarzami. Materiały widziałam już kilkakrotnie, tym razem jednak mnie tknęło, że kupię i że nawet mam na nie konkretny pomysł ;)
Tak oto powstały żeglarsko-pirackie poduchy. Nie przyszyłam im guzików, zrobiłam po prostu miejsce na wkładanie poduszek do pokrowców z tyłu, do tego dużą zakładkę, żeby się nie otwierało. Sposób wypróbowany na własnych poduszkach na kanapie z materiały made bu IKEA (btw, fajne mają tam szmatki, szkoda, że u nas Ikei nie ma :( )

Przy okazji zimowo, zdarzyło mi się zrobić kilka bałwanków na szydełku. Był plan na większą ilość, żeby zrobić z nich bombki choinkowe (jakoś nie przepadam za zwykłymi, okrągłymi, tradycyjnymi ze szkła, czy z czego one tam są robione). Jednak bałwanki zmienią miejsce zamieszkania, bo zostały już zamówione. Jeśli zdążę, 'machnę' jeszcze z kilka, żeby cokolwiek na tej swojej choince powiesić :P


Jeden z bałwanków miał czapkę z pomponem. Zgodnie z zamówieniem szalik i czapka w kolorze mega różowym ;) Ten ze zdjęcia jest pierwszy i zostanie w domu na zimę.



niedziela, 11 maja 2014

Trochę zdarza mi się coś mniejszego znów uszyć :)

Dostałam kawałek futrzakowatego materiału. Nie miałam na niego pomysłu i czekał na lepsze czasy. I się doczekał, wczoraj wieczorem, zamiast iść z koleżankami do pubu (bo taki był pierwotny plan na sobotni wieczór), zrobiłam miśka. Mała Ola, o której myślałam, szyjąc go, jest chyba jeszcze za mała, żeby się nim bawić... przypadnie pewnie w udziale jej starszej siostrze... zobaczymy. Wymyślił mi się też taki sam, tyle z kilka razy mniejszy, ten już dla mnie, żeby siedział sobie w moim kąciku szyciowym, zaganiając do 'roboty' :P

Przy okazji jeszcze kilka angrych powstało. Mam też zamówienie na jamnika z autobusów (siostra kolegi zbiera namiętnie bilety autobusowe, jak zobaczyłam stronę z jej zbiorami... wygląda jak niezła kolekcja znaczków pocztowych. No cóż, sama kiedyś zbierałam karty magnetyczne, takie do budek telefonicznych... nie wiem nawet czy teraz są nadal takie używane, bo już daaaaawno nie dzwoniłam z budki).

Mam też zamówienie na czarnego angry. A żeby nie było, to zdarzyło mi się nawet zagrać na tablecie mężowego siostrzeńca :P Co wcale nie znaczy, że jestem znawcą, bo nie wiem nawet jak się który nazywa, ani co robić potrafi ;)
 
 

piątek, 18 kwietnia 2014

na powrót się zawiośniło :)

Zrobiło się nieco bardziej wiosennie i nieco też i świątecznie. Ostatnio uszyłam chyba 5 milionów królików na kieliszki do jajek. Mam ich z deka dość na jakiś czas. Ale... dzięki nim kupiłam sobie śliczny rowerek- dameczkę do jazdy np. do pracy lub do rodziców, czy gdziekolwiek mnie oczy poniosą. Jeździ się tym cokolwiek inaczej, niż na góralu. Nie wskakuje to to na krawężniki i jest nieco mało zwrotne. Cóż, kwestia przyzwyczajenia. Gdy pierwszy raz pojechałam dameczką do pracy (gdy już przestało padać i można było kalosze odstawić wreszcie w kąt), omal nie zgubiłam torebki podskakując na krawężniku. No... wyskoczyła mi z koszyczka. Pomyślałam tylko o tym, że jeśli ktoś mnie obserwował (bo np. szedł też do pracy, a drogą pomykało naprawdę sporo ludzi), musiał mieć niezły ubaw już z samego rana. Nic to! Jako paniusia z torebusią, cofnęłam się nieco na rowerze, podniosłam nieszczęsną torbę i siup dalej do roboty! Zdjęcia roweru nie mam, bo... nie chciało mi się go robić. Zrobiłam za to trochę fotek wielkanocnych zajęcy, czy też królików, jak zwał, tak zwał. Nie ma tu całego stadka, a zrobiło się cokolwiek sporawe.
Przy okazji, czekając a żółty filc, żeby kuraków trochę porobić świątecznych (bo o dziwo, dostałam całkiem niezłe zamówienie), zdarzyło mi się uszyć kilka angry. Dostałam zamówienie na kuraka od mężowego siostrzeńca, a że filc jakoś tak się skończył, to machnęłam czerwonego angriego. A później jakoś tak potoczyła się cała reszta. Wystarczyło tylko bratu pokazać, co zrobiłam i posypała się cała lista bardziej lub mniej znajomych dzieci ;) I odkryłam, że z filcu szyje się naprawdę fajnie :) Ciekawe tylko jak długo przy tej myśli pozostanę :P
Tutaj pierwsze stworki. Nie powiem, trochę z nimi było zabawy...

I jeszcze dzisiaj, korzystając z urlopu (choć jeden jedniutki dzionek nie spędzony w pracy, poświęcony trochę na sprzątanie i mycie mega ogromnych okien, czego nie lubię, więc mogę być naprawdę z siebie dumna, że się za nie w końcu zabrałam), machnęłam jeszcze jednego filcowego kuraka dla mamy. Zrobiłam też pisankę, którą przymocowałam do patyczka, takiego do szaszłyków. To coś, chyba nie ma innej nazwy, jak patyk do szaszłyków (szukałam bezskutecznie w głowie, a nawet i pytałam kilku osób, bo wiem, że mam sklerozę i brak mi nieraz słów, które naprawdę istnieją). Mniejsza z tym, jajku zdjęcia już nie zrobiłam, także się nim nie pochwalę ;) Ale mam za to kuraka.
I tym wielkanocnym akcentem, życzę wszystkim, którzy zajrzą tu, choćby i przypadkiem, bo wiem, że nie jestem regularnym bloggerem i czytających za dużo tu nie mam (nic to!), WESOŁYCH!

 

piątek, 28 marca 2014

Wiosna, wiosna, wiosna ach to Ty :)

Zrobiło mi lekko świątecznie już i uszyłam kilka kuraków filcowych i zajęcy na kieliszki do jajek. Stwierdziłam, że spróbuję je sprzedać i... poszło nadspodziewanie szybko. Fakt, że nie narobiłam tego dużo, ale i tak się zdziwiłam :) Właśnie zakupiłam kolejne arkusze filcu (które, mam nadzieję, dojdą do mnie lada dzień). Mam kilka pomysłów do realizacji. Mam nadzieję, że starczy mi zapału.
A co poza tym? Wiosna, wiosna, wiosna ach to Ty :) No i rower już nieźle odkurzony został i kilka przejażdżek już ze mną odbył. A tak w ogóle, chodzi mi po głowie starodawna dameczka, którą mogłabym do pracy jeździć. Fakt, że mam teraz rzut beretem i z buta chodzę, ale nie ma to jak rower. Póki co, zdarzyło się raz, że kolega podrzucił na bagażniku i wszyscy przechodzący obok patrzyli na nas jak na kretynów :P Heh... zobaczymy co z mojej dameczki będzie :)

piątek, 14 lutego 2014

Maszyna do szycia

Dostałam dziś maszynę :) Super malutką miniaturkę, z otwieranymi szufladkami i ruchomą stopką.  Ucieszyłam się chyba bardziej, niż gdybym dostała normalną maszynę do szycia :)
A przy okazji, zdarzyło mi się wyprodukować kolejną kołderkę. Jeszcze, co prawda, nie mam kącika szyciowego, a i materiały w pudle tekturowym, bo się jeszcze niezupełnie rozpakowaliśmy po przeprowadzce. Pomysł na jego wygląd co prawda już mam, ale trzeba jeszcze wszystko rozmierzyć i rozrysować, a później zamówić i... czekać (to już chyba najprostsze do wykonania będzie ;) )
Kołderka jest prawie z jednego materiału. Był po prostu zbyt ładny, żeby go nie kupić i nie wykorzystać. Trochę tylko przemieściłam to i owo w nim, dodałam kawałki z innych materiałów i mimo wszystko wygląda to jak kołderka z jednego kawałka. I dobrze :)
A tak w ogóle, zrobiło mi się trochę tęskno do maszyny do szycia. Kupiłam nową linijkę, bo stara gdzieś się zagubiła (nie wiem czy gdzieś spakowana solidnie i znajdzie się w najmniej spodziewanym momencie, czy też może gdzieś się zapodziała razem z kartonami, których trochę jeszcze się 'przewala' po mieszkaniu). Przy okazji mam też rączkę, którą można do linijki przyczepić, coby się wygodniej ją trzymało i matę do cięcia (taką małą, podręczną, którą planuję mieć na stoliku maszynowym, jak już tylko się pojawi). I zachciało mi się zakupy jakieś szmatkowe porobić i coś poszyć... Chyba czas się ruszyć trochę z marazmu i chęci do nicnierobienia, którą w cholerę trudno jest mi pogonić.

niedziela, 26 stycznia 2014

narzuta, czyli spóźniony post poświąteczny ;)

Dawno mnie tutaj nie było. Fakt, że jestem leniwa i totalnie nie chciało mi się ani cokolwiek robić, a już na pewno nie pisać o czymkolwiek na blogu. Robótkowo, ostatnio kuleję. Fakt, staram się skończyć kolibra obiecanego 100 lat temu mojej mamie i po kawałku rzeczywiście go kończę (fotkę wrzucę dopiero jak będzie już gotowy).
Tymczasem udało mi się uszyć narzutę. Ściągniętą, co prawda, nie wg mojej własnej inwencji (mam nadzieję, Magda, że nie masz mi tego za złe). Trochę dlatego, że mi się podobała, a trochę też dlatego, że nie wierzę w swoje własne umiejętności (własną kreatywność). W każdym razie uszyłam ją od początku do końca sama, co już jest dla mnie niezłym wyzwaniem!
Darkowi nie podobają się czerwone wstawki (wg niego są one zbyt różowe. No cóż... każdy ma swój gust ;) a miało być brązowo z odrobiną czerwieni właśnie). Pikowanie zrobiłam po prostu proste, nie umiem okrągławych pikowań, a że nie chciałam dostać zawału serca, ani kląć za dużo podczas szycia, zdecydowałam się na zwykłe pikowanie 'po kwadratach' i już.
W planach (nie wiem jeszcze jak odległych...) mam narzutę totalnie kolorową, z materiałów batikowych (mam kilka kawałków, choć jeszcze zdecydowanie za mało, nic to, po prostu z czasem musi ich nieco przybyć!)
Mam też w planach kołderkę dla małej Pauliny, którą chcę zrobić do przyszłego weekendu max! Już jest wycięta, trzeba zszyć, przepikować i zrobić lamówkę (czego nie lubię, choć idzie mi już duuuuużo lepiej).
 

niedziela, 25 sierpnia 2013

Domowe przetwory :)

Naszło mnie jakoś na gotowanie. Ostatnio przez kilka tygodni nie było rodziców i pilnowaliśmy ich działki. Szkoda, że tak późno wpadliśmy na pomysł, że z tego wszystkiego, co tam rośnie można by spróbować zrobić coś nowego. Np. suszone pomidory. To akurat pomysł nie mój, bo Darka i on też był głównym wykonawcą. Jeszcze nie wiemy jak smakują, bo dopiero wczoraj wieczorem zostały wpakowane do słoików. Suszone w piekarniku, nie na słońcu, ale chyba nie jest to jakiś mega problem. Zwłaszcza, że przynajmniej wiadomo jak te pomidory było hodowane, że rosły w normalnej ziemi i nie były podlewane żadnym cholerstwem. 
Dzisiaj jeszcze zrobiłam fotę słoiczkom. Szkoda tylko, że nie zerwaliśmy do nich bazylki i oregano (dodana jest do nich mieszanka przypraw prowansalskich ze sklepu i czosnek, bynajmniej nie z Chin, a działkowy). Ale nic to. To jeszcze próbna wersja. Choć nie wiem czy uda nam się z kolejną w tym roku jeszcze... Ale, kto wie. 

Ja z kolei sobie zaszalałam z zupą pomidorową. Uwielbiam taką zwykłą pomidorówę, ze zblendowanych pomidorów, nie tych ze słoika, czy innego kartonu, ale takich prawdziwNych. Przepis całkiem prosty, bo najpierw robię wywar warzywny z tego, co pod ręką (tym razem pietrucha, marchewka, seler i papryka ostra), do tego pomidory bez skórki. Wszystko zblendowane i doprawione, jak kto lubi, u nas zazwyczaj jest to bazylia, pierz i sól. 
No i co? Zdjęcie zupy też być musi, a jak! :P
 Żeby nie było, że to już wszystko! Ugotowałam swój pierwszy w życiu dżemer! Tak, wiem, nie ma czym się chwalić, że dopiero teraz, ale... lepiej późno niż wcale. Pierwszy był malinowy, z żelfixem. Tu fotki nie mam, bo i też roboty za dużo przy tym nie było. Po prostu zagotować maliny, dodać żelfix, cukier i zapakować do słoiczków. Drugi jest ze śliwek węgierek (mój ulubiony dżem, którego dawno już nie jadłam, nie wiedzieć czemu). Nazbieraliśmy, póki co, śliwek, które już pospadały z drzewa i siup do garnka. Oczywiście po uprzednim umyciu i wyjęciu z nich pestek. Rozgotowało się bardzo szybko. Dodałam jeszcze soku z cytryny, bo ponoć dzięki temu śliwki nie tracą koloru. Aczkolwiek chyba nie jest to niezbędne. No i cukier. Tu dość oszczędnie, bo śliwki i tak są słodkie. No i tak przez trzy dni gotowałam je po trochu, mieszając, żeby nie przystały do dna i się nie przypaliły. I viola! Dżem jak ta lala :) Słoików też nie wyszło z tego nie wiedzieć ile, bo aż trzy. Ale mam świeżą dostawę śliwek i dzisiaj, albo jutro zabiorę się znowu za gotowanie dżemera.
Na dowód wrzucam fotkę. Muszę sobie łychę drewnianą kupić, bo ten dżem mieszałam łopatką. Nic to, dopiero odkrywam w sobie naturę kury domowej. Także z czasem pewnie kuchnia poszerzy nieco swój asortyment przetworowy.