środa, 31 sierpnia 2011

Różne takie tam :)

Jak ktoś ma lęk wysokości, to siedzi cicho w domu i się nie pcha gdzieś, gdzie można spaść (zwłaszcza z dużej wysokości). Dla niektórych aż tak oczywiste to nie jest, usiedzieć ciężko, a wysoko jest fajnie :) No to siup i stało się latanie motolotnią. Miałam zupełnie inne wyobrażenie o tym... hmmmm... pojeździe (?) Owszem, widziałam, ale z daleka i z dołu, znaczy się jak już latało po niebie z kimś innym w środku. Gdy zajechaliśmy na małe lotnisko sportowe za Białymstokiem i zobaczyłam to... coś, serce we mnie zamarło! Ale co tam! Skoro już jestem, to wsiądę. Wyglądało to jak, nie przymierzając kilka rurek zespawanych w warsztacie pana Mietka, osłoniętych owiewkami, do tego drewniane (!) śmigło i jakieś skrzydło z brezentu (jest to na pewno jakiś inny materiał, ale wyglądało to jak coś, z czego robi się bannery reklamowe). No i hit dnia- do tego się nie wsiada do środka, o nie, nie! Siada się na tym okrakiem, nóżki sobie wiszą po bokach, nie ma się czego złapać (no chyba, że tych owiewek), a pas bezpieczeństwa... już w małym fiacie czułam się bezpieczniej. A poniżej fotka na dowód, że absolutnie nie ściemniam (fota robiona telefonem, bo kto by tam brał aparat foto na takie ekscesy).

Początkowo było naprawdę strasznie, jeszcze zanim wystartowaliśmy chciałam już zsiadać. Oczy łzawiły mi od wiatru, chełmofon mi zwiało z głowy i trzymał się tylko na pasku zapiętym pod szyją, a ja bałam się puścić tych owiewek, żeby go poprawić. Ale widoki zrobiły swoje :) Oczy przywykły do wiatru, przestały łzawić, a na dole... okoliczne pola, małe domy, wokół powietrze i przestrzeń. Gdyby tylko nie te straszne myśli o tym, że spadniemy... Super było jak przelatywaliśmy tuż nad lasem, tak nisko, że czuło się zapach drzew i... miało wrażenie, że zaczepi nogami o drzewa. Wrażenia extra, ale raczej nie do powtórzenia... no... nie za szybko ;)
Z innej beczki- wypróbowałam ostatnio dość prosty przepis na kurczaka z pesto. Mniam.
 
Nic prostszego! Filet kurczakowy przekroić na pół, albo i na trzy, jak się uda, obsmażyć na oliwie z oliwek, wrzucić przepołowione pomidorki koktajlowe, podsmażyć aż zmiękną, dodać trochę pesto (ja, jak widać miałam akurat czerwone), i jeszcze śmietana (w oryginalnym przepisie jest creme fraiche, które nie wiem gdzie można dostać, zatem dolałam zwykłej 18 modląc się przy tym, by się nie zważyła). Na koniec świeża bazylka i viola! Z ryżem i brokułami pierwsza klasa. Dzisiaj zrobiłam jeszcze wersję zieloną (z własnoręcznie robionego pesto!) z kotletami sojowymi. Też bardzo dobre.

A co tam u mnie robótkowo? Napadłam dzisiaj na szmaciaka i mam kilka nowych niebieskich kawałków, które już się suszą na balkonie. W międzyczasie powstało trochę nowych bloczków, ale jeszcze nie rozkładałam całości (przynajmniej tej całości, którą już mam), żeby obejrzeć i sfocić. Brakuje jeszcze dużo, ale myślę raczej o tym ile już mam i że się udało nowe szmatki zdobyć :) I do przodu!
Zaczęłam też mittenki na szydełku robić (miały być na drutach, ale nie szło...). Nie mogłam zdecydować się na włóczkę, bo mam milutką angorkę w zielonkawym kolorze i coś raczej sztucznego, ale za to melanżowego i całkiem fajnego w wyglądzie. Efekt mi się nie podoba, za sztywne są, a nie chcę żadnych ażurkowych, ani słupkowych, ani innych. Także przerzucę się jednak na druty. Przynajmniej ściągacz jak należy im zrobię i będą miały kształt jak trzeba i będą miękkie (... będą, jeśli mi wyjdą. No, a w razie czego, zawsze można uśmiechnąć się ładnie do mamy, która po skończeniu ględzenia, że jej się nie chce i że czasu nie ma, wydziarga mi te mittenki :)

sobota, 20 sierpnia 2011

Szycie i weekendowe rozczarowania

Tak w międzyczasie uszyłam dwa chusteczniki. Jeden miał być w prezencie dla mamy, ale wyszedł mi jakiś taki nie taki, znaczy się lekko przykrótki. Ale nic to, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, czyli da się zrobić nowy ;) Najważniejsze, że już w miarę udało mi się wymyślić co i jak i w jakiej kolejności robić, żeby kąty proste były proste i żeby otwór na chusteczki był ładnie wykończony :) 
A narzuta idzie powolutku do przodu i mam trochę nowych bloków, ale trzeba będzie jakieś zakupy poczynić, bo materiałów zaczyna brakować. Fotki jednak nie robiłam, z tej prostej przyczyny, że nie chciało mi się tego wszystkiego znów na podłodze rozkładać.
W jeszcze innym międzyczasie trochę sobie zwiedzam nasze piękne Podlasie. I tak w ubiegły weekend była rowerowa wyprawa na kładkę Śliwno-Waniewo. Droga całkiem przyjemna (mimo okrutnie nierowerowej pogody, bo nietypowo na tegoroczne lato było upalnie), kładka też przyjemna- bo przez rzekę można się przeprawić trochę idąc, trochę jadąc, trochę przeciągając ruchome kładki, by... nie, nie, nie znaleźć się na drugiej stronie, czyli w Waniewie, tylko zobaczyć koniec kładki, kawałek rzeki, muliste dno i żadnych pomysłów na przeprawienie się na drugą stronę suchą (a nawet w miarę suchą) nogą, bo wody do pół uda co najmniej plus rower pod pachą (?) Tak średnio nam się to uśmiechało, więc zawróciliśmy. A mieliśmy nadzieję, że kładka już działa, znaczy się, że naprawdę jest Śliwno-Waniewo, a nie Śliwno-rzeka z mułem i pijawkami. W każdym razie nie powiem, że wyprawa nieudana była.


Kolejne weekendowe rozczarowanie miało miejsce dzisiaj. Mimo niezbyt pięknej tym razem pogody, wybraliśmy się do Podlaskiej Wioski Bocianiej, znaczy się do Pentowa. No tak, wiem, że teraz bociany to albo latają sobie (bo młode już się nauczyły i zbierają powoli do odlotu na zimę), albo śmigają po okolicznych łąkach i polach i raczą się podlaskimi żabami. No ale... jakiś na pewno na gnieździe usiądzie, a jak nie, to na polu się go zobaczy czy jakoś tak. No i ta wioska taka niby rozsławiona, że najwięcej w niej bocianów, itp., itd. No to pojechaliśmy. Okazało się, że wioska, to wcale nie wioska, a dworek-muzeum-galeria (czy jakoś tak), 3 zeta za wstęp (ulgowy, albo sympatycznie wyglądaliśmy, albo pan się zlitował, bo wiedział co nas czeka po drugiej stronie). Wyglądało to jak taki większy (no, znacznie większy niż w szeregówkach w mieście) ogród, tam jakieś drzewa, słupy, trochę gniazd (no dobra, trochę więcej, niż trochę), bocianów prawie niet, ani na gniazdach, ani na polach (no bo gdzie tam pola, jak wioski nie ma?), ani tych koników polskich, co to miały tam też gdzieś być, też nie widać było. No, ale niestrudzenie obeszliśmy całą tę zagrodę, łącznie z wchodzeniem na wieże widokowe i zabraliśmy się do... Kiermus. 


Kiermusy- kolejne rozsławione miejsce na Podlasiu warte odwiedzenia, a że nigdy nie byłam, to... pojechaliśmy i tam. Najpierw całkiem ładne domeczki, wszystko do wynajęcia. Dom tkacza, rybaka i inne takie. Wejść nawet za płot nie można, bo wszystko tylko dla gości hotelowych (nie dla plebsu). No to cóż... do ostoi żubra się udaliśmy, bo to przecież jedna z prywatnych hodowli żubrów, to jak tu nie pójść. Przy wejściu miła dziewczynka skasowała po 6 zł od głowy i poszliśmy dalej, by zobaczyć... no właśnie... puste stragany, które ożywają tylko w pierwszą niedzielę miesiąca, kiedy to jest w Kiermusach jarmark (liczyć umiemy, wiemy, że nie niedziela i nie pierwszy weekend miesiąca, więc się nie spodziewałam jarmarku zobaczyć), kawałek ogrodzonego lasu, pięć, czy może kilka więcej kóz i... z daleka, leżącego żubra, którego rozpoznaliśmy tylko po tym, że machnął ogonem. Szał, co nie?! Ja bym się wstydziła jakiekolwiek pieniądze za to brać! No, ale żyć z czegoś przecież trzeba, a kilka złotych tu, kilka tam i interes się kręci.
Żeby nie było, poszliśmy też do karczmy. W środku bardzo ładnie urządzona, stylizowana na starą karczmę, mili kelnerzy, żadnego menu, podanych do wiadomości publicznej cen, aż strach zwykłą wodę zamówić, bo może na koncie zabraknąć gotówki. Ale co tam, raz się żyje, dwie kawki, sernik i szarlotka do tego, całkiem, całkiem i... 40 zł. Ciekawe ile by wynosił rachunek za obiad (zupa, drugie, deser, piwo, albo inny podpiwek), w chińskiej (i to nie z dworca, tylko takiej prawdziwej i ze smacznym jedzeniem) objedlibyśmy się za tę kasę jak, nie przymierzając, świnie. Ale cóż... zachciało się.
Zahaczyliśmy jeszcze o Tykocin, gdzie akurat było całkiem fajnie (mieli dziś biesiadę miodową, stragany, swojskie jadło, ludowa muzyka, itp., itd.) Fotek nie mam, bo i pogody nie było, a i się już robić nie chciało po tych wszystkich atrakcjach turystycznych ;)
Do sprawdzenia został jeszcze szlak tatarski... to plan na któryś kolejny weekend.