niedziela, 4 grudnia 2011

Kołderka

Skończyłam kołderkę, a nawet zdążyłam przekazać ją nowej właścicielce, która za młoda jest jeszcze, by móc cokolwiek o niej powiedzieć. Bo Maja niebardzo jeszcze kolory widzi (ponoć) i dopiero uczy się leżeć na brzuszku z podniesioną głową. Ale mając dziarskich rodziców, szybko się nauczy. Kołderka w całości wygląda o tak o:

Jej początki opisała już na swoim blogu Madzia, bez której kołderka byłaby pewnie pozszywana ze zwykłych kwadratów, bez zabawy w zszywanie różnokolorowych bloków. Mnóstwo czasu zajęło przeliczanie, kobinowanie- znaczy się cała logistyka kołderkowa. Madziu, nadal uważam, że jesteś wielka! i dziękuję Ci raz jeszcze za pomoc.
Górę zszyłam jeszcze tego samego dnia, ale problem był z materiałem na obwódkę, lamówkę i spód. Trzeba było zakupić, a nasz lokalny sklep z materiałami bawełnianymi jest otwarty w jakichś bardzo nieludzkich godzinach i nie ma opcji dotarcia do niego w tygodniu po pracy. Pojechałam w sobotę i... pocałowałam klamkę jakieś 5 po 13 (jak można sklep o tak wczesnej godzinie zamykać?! To naprawdę nie jest klientoprzyjazne miejsce... przynajmniej jak na mój gust). W każdym razie udało się ów materiał zakupić, bo zostałam porwana z pracy i autem zawieziona do sklepu, który jeszcze był otwarty (cud!) i nabyłam nie tylko zielono-groszkowo-pistacjowy (bo nie wiem co to za kolor, a na monitorze z pewnością nie wygląda tak, jak w rzeczywistości), ale też i niebieski materiał, który przyda się do narzuty (jeszcze tylko 30 bloków, z czego część już jest wycięta!)
Zostało więc już tylko przyszyć resztę i skanapkować i przepikować i jeszcze lamówkę dorobić. Ładne mi tylko; heh... To wcale nie było takie łatwe. Pikowanie po szwach jakoś jeszcze poszło, ale kombinacje na pasach oddzielających były okrutne. Chciałam jakieś pijane trzmiele zrobić, co nie udało mi się, nawet pomimo rysowania mazakiem całej 'trasy' tego lotu (mazak na szczęście spieralny, choć i tak miałam dyga, jak już gotową kołderką wrzuciłam do prania, no bo co, jak się jednak, mimo testu na spieralność, nie odpierze?!). Było zatem sporo prucia i klątw rzucanych pod nosem i nie tylko. Ale się udało. Jeszcze trzeba było poprzeciągać nitki na lewą stronę, pozwiązywać i poukrywać, co wlokło się w nieskończoność.

Na koniec lamówka, czyli coś, za czym niespecjalnie przepadam. Gdyby nie nieoceniona pomoc Darka, pewnie bym nie wyrobiła się z przyszyciem lamówki do umówionego terminu. Bo już byliśmy umówieni ze znajomymi i ich małą Majką, a został tylko jeden dzień, by skończyć całość. Gdzieś na necie wyczytałam, że lamówka powinna z jednej strony być ciut dłuższa, niż z drugiej i tak też ją zaprasowałam, co okazało się okrutnym błędem, którego już nie powtórzę więcej (jak nie zapomnę, żeby tego nie robić). 
Najbardziej nie lubię rogów, bo prawie zawsze zostawiam za dużo materiału i później prawa strona nie wygląda tak, jak powinna. Tym razem pilnowałam się, żeby nie było zbyt luźno i... przegięłam w drugą stronę. Na to, żeby sprawdzić jak się układają rogi wpadłam dopiero jak już miałam trzy. No i co było robić? Znowu prucie. Ale nic to! Jeszcze wtedy byłam dzielna. Przyszyłam raz jeszcze, pilnując rogów oczywiście i... wyszła ta masakra z za długą lamówką po prawej stronie. A wszystko ładnie zaprasowane i gotowe do przeszycia. To już był naprawdę kres mojej wytrzymałości. No bo co? Pruć całość?! Mowy nie ma!!! I tu Darek mnie pogonił, żebym się zrelaksowała i zajęła czymkolwiek, a on w tym czasie 'wyprostował' tę lamówkę. Czyli podłożył ją nieco bardziej i przypiął jeszcze szpileczkami. Naprawdę bez niego bym rzuciła tę kołderkę w cholerę. 
I skończyłam na czas i zdążyłam uprać i uprasować trochę (nie za mocno, żeby jednak była ciut pognieciona i przez to bardziej puchata). Rodzicom właścicielki bardzo się spodobała i poprosili jeszcze żeby naszyć na niej imię młodej.

sobota, 12 listopada 2011

Snurk... snurk... snurk...

Trochę mnie nie było tutaj. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko i wyłącznie lenistwo. Fakt, trochę w międzyczasie zdarzyło mi się posiedzieć przy maszynie, ale totalnie nie chciało mi się fotek robić, ani pisać nic na blogu. Ot tak. A jeszcze innym międzyczasie udało mi się wyrwać z pracy i pojechać w stronę słońca :) W tym roku poniosło nas do Egiptu. Mimo, że tylko do tej turystycznej części, ale... narzekać nie będę! Pogoda dopisała, no bo jakby miała nie dopisać w miejscu, w którym praktycznie w ogóle nie pada deszcz. Błękitne niebo, turkusowa woda, rafy koralowe i kolorowe rybki... aż nie chciało się wracać. 


Nastawiliśmy się na błogie lenistwo, czyli przede wszystkim snurkowanie (na hotelowej plaży, dosłownie przy brzegu były rafki i wszystkie możliwe rybki, które można w Morzu Czerwonym zobaczyć. Szok! Wystarczyło mieć maskę, rurkę, snurk pod wodę i... Na fotkach widać całe nic, ale czego też spodziewać się od plastikowego aparatu na kliszę kupionego tuż przed wyjazdem na naszym kochanym alledrogo). Lenistwo oczywiście obejmowało kilka dodatkowych atrakcji- przede wszystkim rejs statkiem ze snurkowaniem w parku narodowym i nurkowaniem dla odważnych (do których ja się tym razem nie zapisałam) i jeszcze wyprawę na pustynię i do kolorowego kanionu.


 Już sama droga robi wrażenie. Jechaliśmy małą grupą (tylko 6 osób), terenówką, która pokonywała najpierw kilometry asfaltu w stanie milion razy lepszym niż w Polsce (no cóż, brak tirów i mrozu pewnie się do tego nieco przyczyniły) i po pustynnym piasku. Po drodze pięknie rzeźbione piaskiem skały, osady beduińskie, karawany wielbłądów, gdzieniegdzie samotne akacje i puste przestrzenie jak okiem sięgnąć.

Do kanionu wchodziliśmy z beduińskim przewodnikiem, który prowadził nas pomiędzy cudownie rzeźbionymi kolorowymi skałami. Pewnie jest to mini raj dla geologów, bo oprócz pięknych form, było tam mnóstwo przeróżnych kamieni, od bazaltów, poprzez alabastry i onyksy. Problem tylko w tym, że z Egiptu nie można wywozić ani kamieni, ani muszli, ani koralowców. A szkoda :( lepsza pamiątka niż wszystkie ta badziewa sprzedawane w sklepach z pamiątkami.


Mimo ostrzeżeń rezydenta, według którego nie ma po co wychodzić z hotelu na spacery (zwłaszcza pod wieczór), trochę poszwędaliśmy się też po okolicy, dzięki czemu odkryliśmy dziką i bezludną plażę, a na niej masę martwych już raf i odłamków muszli i korali wyrzuconych przez morze. Przy okazji załapaliśmy się na nadmorski zachód słońca. Dopiero w drodze powrotnej odkryliśmy tabliczkę z zakazem wstępu... yyy... we not speak Arabic :) A propos języka, to zadziwiająco dużo tambylców mówi po polsku, wielu z nich naprawdę dobrze. Reszta zna oczywiście 'cześć, jak się masz' 'dobra, dobra, zupa z bobra' i jeszcze 'z wieprza lepsza'. Zagadywali kogo się da, chwaląc się swoją znajomością wielu języków obcych. Na szczęście omijaliśmy bazary szerokim łukiem, a w bardziej cywilizowanych 'marketach' nikt nie wciągał nas na siłę do swego sklepiku, usiłując sprzedać nam papirus w 'bardzo dobra cena'.



 Leniuchowaliśmy też trochę w hotelu i na plaży :) Hotel miał jakąś niezliczoną liczbę basenów (fotka w prawym dolnym rogu to widok z naszego okna), wśród których można było się pogubić. W każdym razie, jako nienależący do lubiących leżeć plackiem, więcej łaziliśmy tu i tam i snurkowaliśmy, co widać w bardzo skromnej, jak na takie słońce opaleniźnie :)
Fota w górnym rogu to wcale nie basen, to woda w morzu! Kolory były przecudne, od błękitów, poprzez turkusy, po ciemniejsze niebieskości. Normalnie raj. A ta fotka kojarzy mi się z materiałem, który ciacham do narzuty, tam też są czarne rybki na niebieskim tle :) Jak skończę narzutę, będą mi te kawałki przypominały wakacyjne czasy!
Mieliśmy też dwa przymusowe dni hotelowe, bo dopadła nas faraonka. Akurat mieliśmy jechać do Kairu. Tak, tak, wiem, że to tak, jakby będąc nad polskim morzem, chcieć sobie zrobić fotkę przy Gubałówce (bo odległość od nadmorskich kurortów jest mniej więcej porównywalnie odległa). Zarezerwowaliśmy sobie właśnie wycieczkę do Kairu (no bo tak jakoś nie tego- być w Egipcie i piramid nie widzieć...) u egipskiego beach boya i wieczorem masakra z gorączką, skrętem kiszek i bieganiem do toalety. Brrr... No i nie było piramid. Obejrzeliśmy za to wszelkie możliwe seriale, wiadomości, dobranocki, itp., bo to były bardzo stacjonarne dwa dni. Nic to! I tak cała wyprawa bardzo mi się podobała i zaostrzyła mój apetyt na kolejne wakacje... tym razem będzie to czarna Afryka, na którą choruję już od dłuższego czasu.
 

niedziela, 25 września 2011

Przekroczyłam 90tkę!

Przekroczyłam już dziewięcdziesiątkę! Nie o wiek tu chodzi (raczej na szczęście), ale o liczbę bloków. Nie idzie mi super szybko, ale nie o to chodzi, ważne, że do przodu i że nadal jeszcze mi się chce. Zbieram natchnienie na kolejne bloczki, a później.... no, całą resztę :)
Wygląda to mniej więcej tak:
Fotka artystyczna może i nie jest, ale, zważywszy na ograniczoną powierzchnię podłogi i fakt, że aby to zdjęcie zrobić wspinałam się na stół, to nie jest aż tak źle :)
W tak zwanym międzyczasie zrobiłam też szydełkową laleczkę. Jest to mini wariacja na temat przepisu wg Stokrotki (jej lale mają jakieś 30 cm, czy coś, moja jest tak ze dwa razy mniejsza).
Jest szansa, że powstaną też kolejne. Z szydełkiem idzie mi zdecydowanie lepiej, ale jeszcze nie potrafiłabym czegoś zupełnie z głowy i bez wzoru zrobić.
Stałam się też posiadaczką babcinego lnu (ręcznie robionego!) i jeszcze nie mam dla niego zastosowania. Największy kawałek leży sobie jeszcze w szafie i czeka na zupełnie inne czasy (choć wątpię w to, że zabiorę się za wyszywanie obrusów, po prostu szkoda pociachać bezmyślnie, bo niewiele mam pamiątek po babci, a jej samej praktycznie nie pamiętam). Póki co, raczej podkładki pod kubki i talerze planuję zrobić i może coś w rodzaju imitacji obrusa. Jeszcze bez fotek, bo i nie za bardzo jest co pokazywać.

środa, 31 sierpnia 2011

Różne takie tam :)

Jak ktoś ma lęk wysokości, to siedzi cicho w domu i się nie pcha gdzieś, gdzie można spaść (zwłaszcza z dużej wysokości). Dla niektórych aż tak oczywiste to nie jest, usiedzieć ciężko, a wysoko jest fajnie :) No to siup i stało się latanie motolotnią. Miałam zupełnie inne wyobrażenie o tym... hmmmm... pojeździe (?) Owszem, widziałam, ale z daleka i z dołu, znaczy się jak już latało po niebie z kimś innym w środku. Gdy zajechaliśmy na małe lotnisko sportowe za Białymstokiem i zobaczyłam to... coś, serce we mnie zamarło! Ale co tam! Skoro już jestem, to wsiądę. Wyglądało to jak, nie przymierzając kilka rurek zespawanych w warsztacie pana Mietka, osłoniętych owiewkami, do tego drewniane (!) śmigło i jakieś skrzydło z brezentu (jest to na pewno jakiś inny materiał, ale wyglądało to jak coś, z czego robi się bannery reklamowe). No i hit dnia- do tego się nie wsiada do środka, o nie, nie! Siada się na tym okrakiem, nóżki sobie wiszą po bokach, nie ma się czego złapać (no chyba, że tych owiewek), a pas bezpieczeństwa... już w małym fiacie czułam się bezpieczniej. A poniżej fotka na dowód, że absolutnie nie ściemniam (fota robiona telefonem, bo kto by tam brał aparat foto na takie ekscesy).

Początkowo było naprawdę strasznie, jeszcze zanim wystartowaliśmy chciałam już zsiadać. Oczy łzawiły mi od wiatru, chełmofon mi zwiało z głowy i trzymał się tylko na pasku zapiętym pod szyją, a ja bałam się puścić tych owiewek, żeby go poprawić. Ale widoki zrobiły swoje :) Oczy przywykły do wiatru, przestały łzawić, a na dole... okoliczne pola, małe domy, wokół powietrze i przestrzeń. Gdyby tylko nie te straszne myśli o tym, że spadniemy... Super było jak przelatywaliśmy tuż nad lasem, tak nisko, że czuło się zapach drzew i... miało wrażenie, że zaczepi nogami o drzewa. Wrażenia extra, ale raczej nie do powtórzenia... no... nie za szybko ;)
Z innej beczki- wypróbowałam ostatnio dość prosty przepis na kurczaka z pesto. Mniam.
 
Nic prostszego! Filet kurczakowy przekroić na pół, albo i na trzy, jak się uda, obsmażyć na oliwie z oliwek, wrzucić przepołowione pomidorki koktajlowe, podsmażyć aż zmiękną, dodać trochę pesto (ja, jak widać miałam akurat czerwone), i jeszcze śmietana (w oryginalnym przepisie jest creme fraiche, które nie wiem gdzie można dostać, zatem dolałam zwykłej 18 modląc się przy tym, by się nie zważyła). Na koniec świeża bazylka i viola! Z ryżem i brokułami pierwsza klasa. Dzisiaj zrobiłam jeszcze wersję zieloną (z własnoręcznie robionego pesto!) z kotletami sojowymi. Też bardzo dobre.

A co tam u mnie robótkowo? Napadłam dzisiaj na szmaciaka i mam kilka nowych niebieskich kawałków, które już się suszą na balkonie. W międzyczasie powstało trochę nowych bloczków, ale jeszcze nie rozkładałam całości (przynajmniej tej całości, którą już mam), żeby obejrzeć i sfocić. Brakuje jeszcze dużo, ale myślę raczej o tym ile już mam i że się udało nowe szmatki zdobyć :) I do przodu!
Zaczęłam też mittenki na szydełku robić (miały być na drutach, ale nie szło...). Nie mogłam zdecydować się na włóczkę, bo mam milutką angorkę w zielonkawym kolorze i coś raczej sztucznego, ale za to melanżowego i całkiem fajnego w wyglądzie. Efekt mi się nie podoba, za sztywne są, a nie chcę żadnych ażurkowych, ani słupkowych, ani innych. Także przerzucę się jednak na druty. Przynajmniej ściągacz jak należy im zrobię i będą miały kształt jak trzeba i będą miękkie (... będą, jeśli mi wyjdą. No, a w razie czego, zawsze można uśmiechnąć się ładnie do mamy, która po skończeniu ględzenia, że jej się nie chce i że czasu nie ma, wydziarga mi te mittenki :)

sobota, 20 sierpnia 2011

Szycie i weekendowe rozczarowania

Tak w międzyczasie uszyłam dwa chusteczniki. Jeden miał być w prezencie dla mamy, ale wyszedł mi jakiś taki nie taki, znaczy się lekko przykrótki. Ale nic to, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, czyli da się zrobić nowy ;) Najważniejsze, że już w miarę udało mi się wymyślić co i jak i w jakiej kolejności robić, żeby kąty proste były proste i żeby otwór na chusteczki był ładnie wykończony :) 
A narzuta idzie powolutku do przodu i mam trochę nowych bloków, ale trzeba będzie jakieś zakupy poczynić, bo materiałów zaczyna brakować. Fotki jednak nie robiłam, z tej prostej przyczyny, że nie chciało mi się tego wszystkiego znów na podłodze rozkładać.
W jeszcze innym międzyczasie trochę sobie zwiedzam nasze piękne Podlasie. I tak w ubiegły weekend była rowerowa wyprawa na kładkę Śliwno-Waniewo. Droga całkiem przyjemna (mimo okrutnie nierowerowej pogody, bo nietypowo na tegoroczne lato było upalnie), kładka też przyjemna- bo przez rzekę można się przeprawić trochę idąc, trochę jadąc, trochę przeciągając ruchome kładki, by... nie, nie, nie znaleźć się na drugiej stronie, czyli w Waniewie, tylko zobaczyć koniec kładki, kawałek rzeki, muliste dno i żadnych pomysłów na przeprawienie się na drugą stronę suchą (a nawet w miarę suchą) nogą, bo wody do pół uda co najmniej plus rower pod pachą (?) Tak średnio nam się to uśmiechało, więc zawróciliśmy. A mieliśmy nadzieję, że kładka już działa, znaczy się, że naprawdę jest Śliwno-Waniewo, a nie Śliwno-rzeka z mułem i pijawkami. W każdym razie nie powiem, że wyprawa nieudana była.


Kolejne weekendowe rozczarowanie miało miejsce dzisiaj. Mimo niezbyt pięknej tym razem pogody, wybraliśmy się do Podlaskiej Wioski Bocianiej, znaczy się do Pentowa. No tak, wiem, że teraz bociany to albo latają sobie (bo młode już się nauczyły i zbierają powoli do odlotu na zimę), albo śmigają po okolicznych łąkach i polach i raczą się podlaskimi żabami. No ale... jakiś na pewno na gnieździe usiądzie, a jak nie, to na polu się go zobaczy czy jakoś tak. No i ta wioska taka niby rozsławiona, że najwięcej w niej bocianów, itp., itd. No to pojechaliśmy. Okazało się, że wioska, to wcale nie wioska, a dworek-muzeum-galeria (czy jakoś tak), 3 zeta za wstęp (ulgowy, albo sympatycznie wyglądaliśmy, albo pan się zlitował, bo wiedział co nas czeka po drugiej stronie). Wyglądało to jak taki większy (no, znacznie większy niż w szeregówkach w mieście) ogród, tam jakieś drzewa, słupy, trochę gniazd (no dobra, trochę więcej, niż trochę), bocianów prawie niet, ani na gniazdach, ani na polach (no bo gdzie tam pola, jak wioski nie ma?), ani tych koników polskich, co to miały tam też gdzieś być, też nie widać było. No, ale niestrudzenie obeszliśmy całą tę zagrodę, łącznie z wchodzeniem na wieże widokowe i zabraliśmy się do... Kiermus. 


Kiermusy- kolejne rozsławione miejsce na Podlasiu warte odwiedzenia, a że nigdy nie byłam, to... pojechaliśmy i tam. Najpierw całkiem ładne domeczki, wszystko do wynajęcia. Dom tkacza, rybaka i inne takie. Wejść nawet za płot nie można, bo wszystko tylko dla gości hotelowych (nie dla plebsu). No to cóż... do ostoi żubra się udaliśmy, bo to przecież jedna z prywatnych hodowli żubrów, to jak tu nie pójść. Przy wejściu miła dziewczynka skasowała po 6 zł od głowy i poszliśmy dalej, by zobaczyć... no właśnie... puste stragany, które ożywają tylko w pierwszą niedzielę miesiąca, kiedy to jest w Kiermusach jarmark (liczyć umiemy, wiemy, że nie niedziela i nie pierwszy weekend miesiąca, więc się nie spodziewałam jarmarku zobaczyć), kawałek ogrodzonego lasu, pięć, czy może kilka więcej kóz i... z daleka, leżącego żubra, którego rozpoznaliśmy tylko po tym, że machnął ogonem. Szał, co nie?! Ja bym się wstydziła jakiekolwiek pieniądze za to brać! No, ale żyć z czegoś przecież trzeba, a kilka złotych tu, kilka tam i interes się kręci.
Żeby nie było, poszliśmy też do karczmy. W środku bardzo ładnie urządzona, stylizowana na starą karczmę, mili kelnerzy, żadnego menu, podanych do wiadomości publicznej cen, aż strach zwykłą wodę zamówić, bo może na koncie zabraknąć gotówki. Ale co tam, raz się żyje, dwie kawki, sernik i szarlotka do tego, całkiem, całkiem i... 40 zł. Ciekawe ile by wynosił rachunek za obiad (zupa, drugie, deser, piwo, albo inny podpiwek), w chińskiej (i to nie z dworca, tylko takiej prawdziwej i ze smacznym jedzeniem) objedlibyśmy się za tę kasę jak, nie przymierzając, świnie. Ale cóż... zachciało się.
Zahaczyliśmy jeszcze o Tykocin, gdzie akurat było całkiem fajnie (mieli dziś biesiadę miodową, stragany, swojskie jadło, ludowa muzyka, itp., itd.) Fotek nie mam, bo i pogody nie było, a i się już robić nie chciało po tych wszystkich atrakcjach turystycznych ;)
Do sprawdzenia został jeszcze szlak tatarski... to plan na któryś kolejny weekend.

niedziela, 31 lipca 2011

narzuty ciąg dalszy...


Dalszy ciąg szycia narzuty. Zaczyna teraz przypominać to, co sobie wyobrażałam :) bo nabiera bardziej niebieskich kolorów. Wszelkie fiolety przestają pasować i chyba ich do narzuty nie wykorzystam. Udało mi się upolować trochę szmatek, dostałam też kilka od Magdy i jak jest z czego wycinać, to i jest co szyć. Mam już 60 bloków, a potrzebuję... no tak, ok. 130, więc jeszcze kupa roboty przede mną! Ale staram się nie myśleć o tym, że jeszcze masa bloków do uszycia, a później kanapkowanie, pikowanie, lamówka... Ważne, że całość się układa i przestaje powoli mieścić na dywanie w pokoju, no i przede wszystkim- coraz bardziej mi się podoba!

niedziela, 10 lipca 2011

...ruszyła i jedzie :)

Nowe materiały niestety nie dotarły jeszcze do mnie :( ale udało mi się kupić to i owo niebieskie na szmaciaku. Za wygląd materiały zostały ochrzczone mianem ścierki (no bo taka żywcem ściera kuchenna w kratę) i fartucha (to niby sukienka była, ale w kroju jak roboczy fartuch). Ale nic to! Niebieskie jak trzeba. Głównym krojczym został Darek i tak wspólnie udało nam się dobić do 30 bloków. Te dwa kwadraty na zdjęciu poniżej to jego inwencja. 
No i wyszło tak, że fioletowe bloki powoli przestają pasować do reszty... Nie wiem czy będzie można je usunąć z projektu narzuta, zobaczę ile mi się uda niebieskich zrobić, wtedy będę mogła sobie pomarudzić który zostaje, który idzie na poduszkę np., albo coś jeszcze innego. 
A wczoraj znalazłam fajny tutorial na niekanciaste bloki (to tak a propos uwagi Madzi, że jej kolejna narzuta być może kwadratowa już nie będzie, choć te kanciaste są naprawdę superos!). Właścicielka tego bloga ma też niezły zapas szmatek, czego jej szczerze zazdroszczę. Bo jednak nowe to zupełnie inna jakość, niż te z odzysku.
A w międzyczasie nieszyciowym zdobyłam z narażeniem życia (bo ja z lękiem wysokości, po drabinie na drzewo się wspinałam) wiśnie na galaretkę z wiśniami właśnie i na kompot owocowy. 

I jeszcze, niejako z rozpędu uszyłam torbę. Przybierałam się już dość długo, ale zawsze to jakoś... za trudne, albo nie wyjdzie, albo coś. A przecież dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze w szkole  średniej szyłam plecaki ze sztruksu, które całkiem nieźle nadawały się do noszenia do szkoły. Nie mam niestety żadnego z nich, żeby fotkę zrobić i wrzucić tutaj. W każdym razie dzisiaj pocięłam zakupioną niedawno zasłonę i wybrałam sobie jakiś w miarę prosty na początek wzór. I... ta dam!



 

niedziela, 3 lipca 2011

Ruszyła maszyna...

Trochę chyba naszło mnie natchnienie. Zasiadłam do maszyny i uszyłam  ostatnią poduchę do kompletu i są wreszcie trzy; nieparzyście, ale tyle miało właśnie być.


I jakoś tak korciło mnie, żeby coś jeszcze... Chodzi za mną od miesięcy narzuta na łóżko do sypialni, niebieska. Mam nawet kilka szmatek pasujących kolorem. Nie wiedziałam jednak ile tego, czy dużo jest, a może dużo brakuje. Do tego z jakich bloków ją uszyć, no i to kupę czasu zajmuje i to i tamto i masa powodów, żeby się nie zabierać za szycie. I dzisiaj nadszedł dzień, by się jednak zabrać. Przejrzałam materiały, dużo nie ma, ale wystarczająco, żeby chociaż jeden, no, może i ze dwa bloki uszyć. Na początek coś prostszego, żebym nie utknęła już na samym początku. Czyli żadne tam wymyślne, proste w kształcie, jakieś kanciaste i żeby dużo nie szukać, zerknęłam sobie do bloga Madzi i popatrzyłam się na jej cudnego czerwonego potwora. Podobają mi się te małe kwadraciki po niesymetrycznym środku. No i zrobiłam swoją wersję takich właśnie bloczków. Ja w liczeniu i mierzeniu najlepsza nie jestem, ale zadałam sobie trud rozrysowania kwadratu i nawet wymierzenia co ile powinno mieć centymetrów i dodałam z każdej strony na szew (też zmierzyłam ile moje szwy mają, żeby się później nie zdziwić, że np. 0,5 to za mało i dlaczego...). No i siup. Poszło! Jeden bloczek, później drugi... później... oporne wycinanie (muszę sobie opracować jakiś system, żeby nie szło tak pod górę), no i materiały to w dużej mierze ze szmaciaka, więc jakieś koszule i inne poduszki i jeszcze je rozcinać trzeba było. Normalnie wszystko na 'zniechętę'. Ale się nie zniechęciłam. No i zdobyłam sobie pomocnika, bo Darek mi  sporo pomógł w wycinaniu kolejnych, tak, że mogłam zająć się szyciem i rozprasowywaniem szwów (o matko! w życiu bym nie pomyślała, że ja szwy będę rozprasowywać, bo u mnie wszystko musi być szast prast, bez fastrygi, bez prasowania, na oko i od razu dobrze!) No i... tadam! Mam już 9 bloczków (jeszcze 'tylko' jakieś 10 razy tyle, później cała reszta przyjemności, jak kanapkowanie, pikowanie, moja ulubiona lamówka, ale... to nie teraz jeszcze, po co się zniechęcać już na samiusim początku).


 Problem w tym, że nie mam za wiele tych materiałów :( W szmaciakach większość to jednolite, ewentualnie wyprane i wytarte niemal do prześwitywania na drugą stronę. Zamówiłam więc kilka nowych szmatek w jednym ze sklepów patchworkowych (ponoć z pierwszej wypłaty zawsze trzeba coś sobie kupić, a że ja od czerwca w nowej pracy i właśnie pierwsze pieniążki wpłynęły na konto, to żal ich nie użyć). Napadnę mimo wszystko na jakiegoś używańca, może i tam coś ciekawego namierzę, zawsze to o wiele taniej. I tak to weekend sobie się kończy. Szkoda, że nie mam wakacji :( Ale wieczory długie, byle tylko natchnienia starczyło!

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Leniwie

Nie było mnie tutaj przez ponad miesiąc i przez ten czas zupełnie nic robótkowego nie robiłam. I na dodatek nie mam żadnych wyrzutów sumienia. Bo ja chyba z natury swojej leniwa jestem. A poza tym dłubanie igłą, albo szydełkiem jakoś tak bardziej mi pasuje do dłuższych zimowych wieczorów. Ale wczoraj zerknęłam z ciekawości na inne blogi i u Chagi znalazłam haftowane guziki. Kiedyś przecież dostałam od Iwonny foremki na guziki i czekałam chyba na natchnienie, by przyszło i jakoś nie przychodziło. I wczoraj właśnie zachciało mi się zrobić kilka guzików. W CrossStitcherze z marca są wzory hafcików na guziki z główkami damskimi i dwa guziki są właśnie stamtąd. Zachciało mi się też guzika rowerowego, ale wynaleziony gdzieś prototyp był za duży na tak malutki guzik. Ale wzór mi się podoba i zapewne do czegoś ten obrazek wykorzystam.


Ale wzór został pomniejszony przez Darka i rowerowy guzik też jest :) A gotowe guziki wyglądają o tak o:

I jeszcze, przeglądając fotki w aparacie, natknęłam się na zimowe kanapki na poprawę humoru i przywołanie wiosny :)  Ta... niby już lato, a tu pochmurno i deszczowo nawet jakoś. A długi weekend miał być kajakowy... Ale jakoś średnio uśmiechało nam się płynięcie w deszczu, albo, co gorsze, składanie rano mokrego namiotu, by wpakować go do kajaka, a wieczorem znów rozstawić i spać w takim już całkiem przemoczonym i ukiszonym jeszcze przez cały dzień.

 

sobota, 21 maja 2011

Koliber_ciąg dalszy :)

Już dawno niczego nie pisałam. Ale muszę też przyznać, że i całkiem niewiele robótkowałam przez ten czas. Przyczyny różniaste, raczej co innego było mi w głowie (m.in. rozpoczęcie sezonu rowerowego). Ale pochwalę się, że w tzw. międzyczasie udało mi się znaleźć nową pracę i zaczynam w czerwcu :)
Ale wróciłam właśnie do kolibra i widać w nim już nawet niejakie postępy. Naprawdę mam nadzieję, kiedyś go skończyć. Najciekawszy element obrazka już dawno wyszyty (sam koliber i kwiat), na sam koniec zostawiłam sobie ramki i cieniowania półkrzyżykami, a na sam deser backstitch, który wydobędzie z kolorowych plam trochę bardziej wyrazisty kształt (ale to jeszcze nie dziś i pewnie też nie jutro). Najgorsze, że haft mi wyszedł nieco autorski tu i ówdzie i jak na zbyt długo odłożę wyszywanie, zapominam gdzie to było i co to było. Nic to, ważne, że kupy się trzyma i gołym okiem nie widać gdzie dodałam coś od siebie ;)


 Cały obrazek powinien (nie tylko powinien, ale będzie) wyglądać jak poniżej.



I jeszcze zdążyłam trochę poczytać. Czas na czytanie mam przeważnie w autobusie, codziennie jeżdżę pół godziny w jedną i pół godziny w drugą stronę, zaszywam się w jakimś kącie i zagłębiam w książkach. Ostatnio przeczytałam kolejną książkę w temacie chińskim ('Kwiat śniegu i sekretny wachlarz'), po której naprawdę ucieszyłam się, że żyję w XXI wieku i że nie w Chinach. Kobiety naprawdę nie miały lekko. Niemal całe życie były traktowane jak nic nie warte pasożyty, najpierw przez własnych rodziców, później przez teściów, którym musiały nieustannie usługiwać. Zyskiwały na wartości dopiero gdy udało im się urodzić syna (straszne!) I do tego krępowanie stóp (w książce dość dokładnie i sugestywnie opisane). Jak ja się cieszę, że mogę mieć swoje wielkie stopy (idealne chińskie tzw. złote lilie powinny wynosić 7cm!), mogę na nich chodzić, biegać, jeździć rowerem.  Chciałam wrzucić tutaj zdjęcie tych maleńkich stópek, ale są naprawdę drastyczne. Jest z resztą sporo fotek na necie, jak ktoś ma chęć, niech sobie poszuka. W każdym razie po moim małym wywiadzie wśród znajomych okazało się, że wcale nie są podniecające (wręcz przeciwnie), więc niespecjalnie rozumiem, o co z nimi tak naprawdę chodziło. Brrrr...



 Dla odmiany tematycznej przeczytałam też najnowszy zbiór opowiadań Schmitta. Bardzo lubię jego język i zwięzłość. A opowiadania dla mnie akurat na czasie- o totalnych zmianach ludzi, ich przyzwyczajeń, światopoglądów, sposobu życia (naprawdę niezłe).
A tak już zupełnie na deser kolejny Pratchett :)

niedziela, 24 kwietnia 2011

Poduchy

W ramach wielkanocnych porządków zrobiłam sporo nieporządku :) Aczkolwiek czuję się mocno usprawiedliwiona, bo w jego wyniku powstały dwie patchworkowe poduchy. Jakiś czas temu mama kupiła nam fajne duże poduszki do spania. Ja tam wybredna nie jestem i od długiego czasu spałam na 'jaśku'. No i tak oto 'jaśki' zostały zwolnione i leżały sobie w szafie, czekając na lepsze czasy, które nadeszły wczoraj. Zostało mi jeszcze trochę satynowanej bawełny (z której uszyłam pokrowiec na maszynę). Do czerwonego dołożyłam brązowy, żeby kolorystycznie pasowało do siebie i do reszty pokoju i tada tam! pojawiła się pierwsza poducha. Poszło w miarę szybko, bo miałam niezastąpioną pomoc w cięciu materiału ( :* ) mimo, że w międzyczasie omal nie zabrakło mi nici (to znaczy zabrakło, ale znalazłam jeszcze resztkę innej, bardzo podobnej, a różnicy na poduszce w ogóle nie widać, a już przy samiuśkiej końcówce do bębenka zapakowałam jeszcze inną resztkę czerwonego, który już taki podobny nie jest, ale poszedł na spód, na ostatnie 4 cm, więc nikt się nie połapie w tych nitkach, hi hi). No, a że poduszki są dwie, to szkoda tak jedną zostawiać w szafie, żeby jeszcze czekała i... uszyłam jeszcze jeden (jak szaleć, to szaleć!). Kolejny już prostszy, bo w paski, bez większych kombinacji. I już dochodziła godzina 21 i ja szczęśliwa, że po nocy szyć nie będę (i tak to pewnie było bezbożnictwo w Wielką Sobotę przy maszynie siedzieć!) i... tragedia okrutna! przyszyłam spód poduszki na lewą stronę. Wrrrrrr... co było robić.... pruć! i cicho sobie kląć pod nosem (ale nie za dużo). W każdym razie poduchę skończyłam, tym razem jak należy i obie już leżą na widoku w pokoju (nie w szafie) i ładnie sobie wyglądają. I jest też trzecia, w jakimś takim niepasującym pokrowcu i palce świerzbią, żeby i ją w najbliższym czasie w brązy i czerwienie zapakować, a materiału jeszcze starczy... 


I jeszcze Powella zapakowałam w ramkę i prezentuje się jak widać na fotce poniżej. Już powędrował do nowej właścicielki i został dołączony do kolekcji innych obrazków  z kościółkami (nie ma w niej jednak żadnej wyszywanki, moja jest pierwsza!)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Trochę zezowate kurczaki


Tak naszło mnie świątecznie, ale zamiast porządki robić, okna myć i takie tam, ja się zabrałam za nieporządki, czyli rozkładanie materiałów na podłodze, cięcie i zostawianie wszędzie ścinków i kawałek nitek. Ale za to mam dwa pijane kurczaki :)  Chciałam też przy okazji zakombinować coś z pikowaniem i może nie jest to lot trzmiela, ale jakiejś tam wiosennej, nie do końca jeszcze rozbudzonej muchy. Jak na pierwszą pikowankę bez trzymanki, to jest naprawdę OK. No i jestem zadowolona  z moich pijanych wielkanocnych kurczaków. Fotki znowu robione wieczorem przy badziewnym świetle, a że mój komputer niespecjalnie odzwierciedla kolory, to też i nie wiem jak je w PS podrasować, żeby przypominały rzeczywistość. Trzeba się chyba przestawić na robienie zdjęć porą dzienną, gdy słońce za oknem i można bez wyrzutów sumienia wyłączyć lampę błyskową.

Trochę jeszcze zaszalałam i pocięłam swoje piękne materiały zakupione na jakąś specjalną okazję, jak już będę umiała super szyć i wymyślę coś extra do uszycia... No i pocięłam je, żeby uszyć opakowkę na dysk wymienny ;) Przy okazji wypróbowałam obszywanie guzików, bo tego to akurat nigdy nie było mi dane na maszynie robić. Fajna funkcja. I mam już zamówienie na kolejną opakowkę, tym razem na taką przenośną stację CD do laptopa :)



 

wtorek, 12 kwietnia 2011


Jeszcze świeżutki spod igiełki ;) Mój wielkanocny jajcarski zając. Minę ma nieco przestraszoną, no bo kto tak po nocy robi sesje zdjęciowe świeżo uszytym zającom?! Nigdy nie przepadałam za zimnymi jajkami (no chyba, że faszerowanymi) i święconka mi w buzi rosła, gdy przyszło do zjedzenia tego paskudnego jajka. No, ale z takim ocieplaczem to żadne chłody gotowanym jajkom niestraszne ;) Fotka średniej jakości, bo po dość po ciemku robiona, ale co tam, chciałam zająca jeszcze dzisiaj wrzucić na bloga, no to wrzucam. Może, może, może... w przypływie natchnienia powstanie nieco większe stadko. Mam nawet fajne materiały, które by pasowały nawet... ale jakoś nie mam serca ich pokroić, bo nie daj boże zmarnuję i co będzie?! Strach się bać.

Edycja z dnia kolejnego (tj. z dzisiaj):

Dziś dorobiłam mu towarzysza i są już dwa :) Z tym poszło mi szybciej i łatwiej, bo już sobie sposób opracowałam usprawniający szycie. Trochę zaniemogłam i zamiast w pracy, siedzę sobie w domu, a że plackiem w łóżku leżeć się nie da...
Mimo wszelakich starań, zdjęcie nie oddaje kolorów, bo nowy jest 'żywszy'. Światło dziś niespecjalnie przyjazne do fotek, bo pochmurno jest, a mój aparat aż tak inteligentny nie jest, ani ja oblatana w photoshopie, żeby je podrasować. Trudno.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011


Skończyłam wreszcie grecką wyspę Powella :) No tak, nie jestem super szybka jeśli chodzi o robótki (dużo by się na raz chciało, a czas jakoś tak się kurczy mocno, zwłaszcza ostatnio i po cichaczu marzy mi się kilka dni wolnego, żeby tak w domu posiedzieć trochę i wcale nie po to, żeby okna umyć! o nie, nie!). Obrazek uprany, wykrochmalony i uprasowany, ale jeszcze bez ramki. Pewnie coś brązowego (drewnianego) i białe passe partout. 


Na razie nie zabieram się za nową wyszywankę (choć mam dwie zaczęte i jeszcze kilka przygotowanych i czekających na swoją kolej. Może uda mi się zmobilizować i coś jeszcze świątecznego uszyć i wypróbować nowe włóczki (no dobra, jedna jest nowa, reszta to sprezentowane przez koleżankę pozostałości po różnych szalikach i innych rękawiczkach)  i coś wyszydełkować (mam nadal schematy uszatych królików i innych stworów).

sobota, 2 kwietnia 2011

Wszędzie kury, albo jakieś inne wiosenno- wielkanocne klimaty. Pozazdrościłam, szczególnie Joli, która zrobiła piękny bieżnik z kurami właśnie. Od niej to na oko ściągnęłam też wzór. To mój pierwszy paper piecing. Co ja się wczoraj miałam wieczorem! Niebardzo wiedziałam jak się za to zabrać, choć na pierwszy rzut oka wydawało mi się taaaaakie łatwe. Znalazłam jakiś super samouczek na necie, z którego zrozumiałam tyle, że nie byłam w stanie tego kuraka uszyć. Tak więc metodą prób i błędów coś tam narysowałam, pogrubiłam markerem, żeby na drugą stronę też przebiło, żeby wiadomo było jak te kawałki materiału układać po lewej stronie papieru i mam, mam dwa kuraki. Dzióbki i grzebienie mają z filcu, a oczka z guzików. Jestem też zadowolona ze swojej lamówki. Tym razem uzbroiłam się w nieco więcej cierpliwości, zaprasowałam całość najpierw i powoli, dokładnie przyszywałam, zakładając rogi z duuuuużą dozą cierpliwości, największą na jaką mnie stać, a do najcierpliwszych nie należę. I w taki oto sposób lamówka ma przyzwoite rogi. A do tego kąty nie są jakieś tam sobie kreatywne, jak to u mnie bywa, a proste (albo bardzo prawie proste).

A w piekarniku już dochodzą do siebie kopertki szpinakowe. Przepis znów prosty- ciasto francuskie + szpinak (kupujemy mrożony), ugotowany z czosnkiem i serem pleśniowym. Jestem wielbicielem szpinaku, zwłaszcza w takiej kombinacji smakowej. Mniam :)

A tutaj gotowe już. Trochę się otworzyły podczas pieczenia i z kopert zrobiły się tulipany :)



sobota, 26 marca 2011


Wypróbowując naprawioną już maszynę uszyłam drugą podkładkę z fioletowo-brązowych pasków, żeby było do pary. Sporo bawiłam się z lamówką, która, póki co, jest dla mnie nie do końca wykonalna. Trzeba chyba poćwiczyć jeszcze, bo rogi wychodzą mi średnio równe. Na fotkach podkładki z nowym specjałem Darka, który ma teraz wenę na ciasto francuskie. Te ciacha są z czekoladą, ostatnie były z szpinakiem. Nie umniejszając mu, przepis jest bardzo prosty, bo ciasto gotowe, do tego kawałki mlecznej czekolady i siup do piekarnika na kilka minut aż urosną i się zarumienią. Paluszki lizać.

A weekend zaczęliśmy na strzelnicy. Ja w życiu tylko z różnych wiatrówek strzelałam, a tutaj... o ho ho! Możecie mi mówić Lara Croft, hi hi. Z mauzera trafiłam 10! Ale to raczej przypadkiem, niż w wyniku celowania, bo cholerstwo ciężkie i ma niezły odrzut (najpierw bałam się z niego strzelać, patrząc jak chłopaków odrzuca. No, ale namawiali, namawiali i namówili. Od cieniasów mi nawygadywali, to cóż było robić. Ja im dam cieniasa!!!). Poniżej pokazowe fotki ze mną w roli głównej. Pewnie za szybko nie pojedziemy znowu, bo impreza tania nie była, heh... ale... warto było! Póki co, zgadaliśmy się że jakoś ładniejszą i cieplejszą już wiosną, albo latem postrzelamy u kolegi z wiatrówki. Pewnie fanie by było jakiś własny karabinek mieć i postrzelać u rodziców w ogrodzie ;)


niedziela, 20 marca 2011


Uszyłam fartuszek kuchenny (fotka nieco badziewnej jakości, bo komórką robiona). Teraz nie będzie wykrętów od gotowania obiadu ;) Jeszcze tylko kieszonki naszyć. Już są wycięte i zaprasowane nawet. Muszę poszukać gdzieś i później popróbować sposobów na podkładanie niekanciastych 'rogów', czyli zaokrąglonych. Się napracowałam, żeby je ponacinać, zaprasować i podłożyć tak, żeby rzeczywiście były okrągławe. Przy okazji stała się też tragedia, bo nagle maszyna zaczęła szyć tylko trzema ściegami, w tym takim, którego w ogóle nie ma. Sporo mnie kosztowało, żeby sobie nie dowalić i nie dołować się, że taką wybrałam maszynę, albo że mi się trefna trafiła, albo że ja ją zepsułam, bo szyć nie umiem i inne takie tam. Na szczęście udało się naprawić ją bez wysyłania do serwisu. Pan ze sklepu, w którym ją kupiłam, zgodził się rzucić okiem, a później ją naprawić :) No i maszyna już jest w domu, a ja kombinuję coś nowego do szycia. Najpierw zrobię podkładkę pod talerz, żeby było do pary (mam jedną fioletowo-brązową, chyba nawet wrzucałam jakiś czas temu fotkę na bloga), a takim moim planem na kiedyś tam jest narzuta na łóżko. Ale jeszcze nie wiem w jakich kolorach, ani jaki wzór. Ściany w sypialni żółte, więc jakieś zielenie, niebieskości, turkusy itp. by pasowały. Szukam inspiracji, póki co. Taaaaaak, a miałam szyć tylko małe cosie- podkładki, zakładki i tego typu rzeczy. Do tego z daleka od patchworków. Tymczasem rzeczywistość wygląda nieco inaczej niż w mojej głowie. I podoba mi się to :) Lubię kiedy mi się coś chce, gdy nabieram smaka i później zaczynam realizować.

A w oczekiwaniu na maszynę zabrałam się nieco bardziej za Grecką Wyspę Powella, który to haft mam skończyć na okrągłe 70te urodziny cioci (szok! ja kiedyś też będę miała tyle lat! Chciałabym się wtedy tak trzymać jak ciocia, która nordicuje, chodzi na uniwersytet trzeciego wieku, tańczy jakieś tańce cygańskie, uczy się Esperanto, jeździ po świecie i w ogóle ma dużo chęci i energii do życia!) Obrazek na razie wygląda tak: 


Chyba najtrudniejszy kawałek mi został i na koniec jeszcze backstiche. Nie jestem doświadczoną hafciarką i nie śmigam w szybkim tempie, do tego zdarza mi się pomylić i później pruć, ale... ważne, że do przodu! Przy okazji nauczyłam się czegoś o kierunku półkrzyżyków (czyli tak, jak górna nitka całego krzyżyka). Naprawdę dziwnie wyszywa się w drugą stronę, ale tak półkrzyżyki 100 razy lepiej wyglądają.
A w takim zupełnym już międzyczasie czytam po kilka książek na raz (co trwa dłużej, niż normalnie). W tym oczywiście jest kolejny Pratchett - obowiązkowa lektura do autobusu. Odkrywam też dzięki koleżance z pracy Schmitta. Mam go na liście autorów i książek do przeczytania i jak dotąd udało mi się tylko z 'Małymi zbrodniami małżeńskimi', a dzięki Agnieszce pochłonęłam (szybko, bo książka malutka) 'Pana Ibrahima i kwiaty Koranu' i jeszcze mam jedną w kolejce. Wiosna jakoś uciekła (u nas weekend jest śniegowy), co sprzyja raczej siedzeniu w domu, niż jeździe rowerem. Ale rower już gotowy czeka na rozpoczęcie sezonu (dzisiaj Darek się za niego zabrał; rower, nie sezon. I już tradycyjnie chyba opracowujemy plany czego to my nie zrobimy, jak już będzie ciepło).

niedziela, 6 marca 2011

Dostałam jakiś czas temu pasy bawełny wykańczanej na satynę- resztki z fabryki tkanin. Znajoma mamy używa ich do rozpalania w piecu (co za marnotrawstwo!) Najbardziej spodobał mi się taki czerwony w kwiaty i od razu zobaczyłam w nim pokrowiec na maszynę. No tak, ale... ani z długości, ani z szerokości nie dałoby się pozszywać niczego w miarę sensownego tej wielkości, a łączyć z innym materiałem... hmmmm... ale jakim? Jeszcze wczoraj wieczorem koncepcja była zupełnie inna, bo tylko przód miał być patchworkowy (scrappowe kwadraty i jasne szare łączenia), reszta jednolicie jasnoszara. I olśniło mnie, że chcę biały i czerwony i tak od słowa do słowa i pomysłu do pomysłu powstała szachownica zszywana wczoraj wieczorem aż do po północy (mam nadzieję, że sąsiedzi nie słyszeli za bardzo pracy maszyny). W środku jest jeszcze ocieplina najcieńsza, jaką udało mi się zdobyć i podszewka (czyli niegdyś pokrowiec na poduszkę). Pikowałam po szwach i jakoś udało mi się za mocno nie powyłazić za linię (zwłaszcza na białym, bo tam bardziej widać), a tam, gdzie nie było za ciekawie po prostu sprułam. Dzisiaj jeszcze docięłam otwór na kabel i podłożyłam całość i przeszyłam jednym z ozdobnych ściegów. 
Tak w ogóle to marzy mi się trochę lepiej zorganizowany kącik szyciowy, mam już nawet pewien pomysł, ale nie wszystko od razu.

W szyciowym rozpędzie zrobiłam też dwa igielniki (wreszcie szpilki nie będą porozrzucane na biurku). Nie do końca widać ich 'wzór', ale natchnął mnie tutorial Uli. Dodałam trochę od siebie, bo każdy trójkąt, z których pozszywane są poduszeczki jest zrobiony z różnych pasków materiałowych.

Weekend naprawdę fajny, nie tylko szyciowo, bo udało mi się też poleniuchować, pobiegać na nartach (uczę się biegać łyżwą i zaczyna mi coś nawet wychodzić, w porównaniu z poprzednim razem, gdy byłam biegającą furią... to nawet super, bym powiedziała), pojeździć samochodem, bo choć mam prawko, to nie jeżdżę i chyba nadszedł ten czas, by zacząć ;)

sobota, 26 lutego 2011


Uszyłam swojego pierwszego scrapa :) Za dużo materiałów jeszcze nie mam, ale udało się nazbierać trochę kawałków i po teoretycznej lekcji na blogu scrapowym, zabrałam się za krojenie, zszywanie i znowu krojenie i tak oto powstała podkładka pod kubek usztywniana płytką CD. Jestem z niej normalnie dumna, mimo, że idealna nie jest, ale najważniejsze, że moja! Zwłaszcza, że miałam wczoraj niemałe problemy z naprężeniem nici w maszynie i myślałam, że się normalnie popłaczę, że znowu coś nie tak, że na pewno zepsułam maszynę, że to by było na tyle z mojej radości szycia. Na szczęście udało się ją wyregulować. Muszę jeszcze pobawić się różnymi materiałami i pokombinować ustawienia.
A dzięki Magdzie, zwanej też Madziulą (która się nieźle ostatnio ze mną miała, zwłaszcza jeśli chodzi o moją zdolność podejmowania decyzji... heh... Mam nadzieję, że jeszcze choć trochę mnie lubisz, mimo wszystko:) mam też trochę gadżetów patchworkowych- komfort milion razy większy niż przy zwykłych nożyczkach i cięciu na podłodze, odrysowywaniu ołówkiem linii, itp., itd.! Normalnie rewelacja! Choć wiem, że muszę jeszcze trochę poćwiczyć.


I jeszcze moje pierwsze w życiu patchworkowe dzieło, czyli podkładka na stół. Dopiero po pikowaniu okryłam, że lepiej by było szyć po szwach, ale człowiek uczy się na błędach, mam nadzieję ;) No i chciałabym coś podobnego w nieco żywszych kolorach (coś z żółtym, zielonym, w ten deseń).

poniedziałek, 21 lutego 2011

Wygrałam moje pierwsze blogowe Candy :) Cukiereczki od Iwonny, a w nich foremki do robienia guzików i trochę słodkości! No i strasznie się cieszę.


A w międzyczasie trochę haftuję- Greek Island Powella; za mało jeszcze, żeby coś pokazać i nadal poskramiam maszynę do szycia. Nie mam odwagi pokazywać krzywych podkładek, ale niedługo pewnie będzie co wrzucić na bloga.

sobota, 12 lutego 2011


W szmatlandzie wygrzebałam trochę fajnych, kolorowych szmatek.Skoro dopiero się uczę, to szkoda by było pociąć jakieś ładne materiały zakupione w patchworkowym sklepie. No i tak oto stałam się bardzo zadowoloną posiadaczką prawie 2 kg materiałów, z których zamierzam zrobić użytek. Moim pierwszym szyciowym projektem były podkładki na stół. Uprzejmie proszę o niezbyt wnikliwe przyglądanie się, bo... no... są niedoskonałe. Trochę się nagimnastykowałam z lamówką, ale coś tam się udało i z daleka wyglądają fajnie ;) Do kompletu chciałabym dorobić jeszcze rękawiczkę kuchenną.


Przymierzam się też do mini patchworkowych podkładek pod kubki. Na początek coś prostego, żeby się za mocno nie zniechęcić. Pewnie będą to paski różnej szerokości. Naoglądałam się do tego przeróżnych cudeniek z aplikacjami i już mi chodzą po głowie i śnią się nocami. Muszę jednak jeszcze z kilka razy wybrać się na szmatkowe łowy i trochę poćwiczyć pikowanie, bo póki co, jako tako idzie mi tylko szachownica. 
Znalazłam też fajoski materiał (który kiedyś był zasłoną okienną, zanim trafił do szmaciaka), z którego przymierzam się powycinać obrazki, kilka pokazuję niżej.


Jeszcze nie mam dla nich konkretnego zastosowania. Może coś na torbę, na poduszkę, albo po prostu na podkładkę jakąś? Na pewno coś wymyślę.

O matko! co to będzie jak się wiosna zacznie, a z nią sezon rowerowo-rolkowy? Będę miała niezły dylemat za co się zabrać. Za dużo chcę na raz chyba...