niedziela, 31 lipca 2011

narzuty ciąg dalszy...


Dalszy ciąg szycia narzuty. Zaczyna teraz przypominać to, co sobie wyobrażałam :) bo nabiera bardziej niebieskich kolorów. Wszelkie fiolety przestają pasować i chyba ich do narzuty nie wykorzystam. Udało mi się upolować trochę szmatek, dostałam też kilka od Magdy i jak jest z czego wycinać, to i jest co szyć. Mam już 60 bloków, a potrzebuję... no tak, ok. 130, więc jeszcze kupa roboty przede mną! Ale staram się nie myśleć o tym, że jeszcze masa bloków do uszycia, a później kanapkowanie, pikowanie, lamówka... Ważne, że całość się układa i przestaje powoli mieścić na dywanie w pokoju, no i przede wszystkim- coraz bardziej mi się podoba!

niedziela, 10 lipca 2011

...ruszyła i jedzie :)

Nowe materiały niestety nie dotarły jeszcze do mnie :( ale udało mi się kupić to i owo niebieskie na szmaciaku. Za wygląd materiały zostały ochrzczone mianem ścierki (no bo taka żywcem ściera kuchenna w kratę) i fartucha (to niby sukienka była, ale w kroju jak roboczy fartuch). Ale nic to! Niebieskie jak trzeba. Głównym krojczym został Darek i tak wspólnie udało nam się dobić do 30 bloków. Te dwa kwadraty na zdjęciu poniżej to jego inwencja. 
No i wyszło tak, że fioletowe bloki powoli przestają pasować do reszty... Nie wiem czy będzie można je usunąć z projektu narzuta, zobaczę ile mi się uda niebieskich zrobić, wtedy będę mogła sobie pomarudzić który zostaje, który idzie na poduszkę np., albo coś jeszcze innego. 
A wczoraj znalazłam fajny tutorial na niekanciaste bloki (to tak a propos uwagi Madzi, że jej kolejna narzuta być może kwadratowa już nie będzie, choć te kanciaste są naprawdę superos!). Właścicielka tego bloga ma też niezły zapas szmatek, czego jej szczerze zazdroszczę. Bo jednak nowe to zupełnie inna jakość, niż te z odzysku.
A w międzyczasie nieszyciowym zdobyłam z narażeniem życia (bo ja z lękiem wysokości, po drabinie na drzewo się wspinałam) wiśnie na galaretkę z wiśniami właśnie i na kompot owocowy. 

I jeszcze, niejako z rozpędu uszyłam torbę. Przybierałam się już dość długo, ale zawsze to jakoś... za trudne, albo nie wyjdzie, albo coś. A przecież dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze w szkole  średniej szyłam plecaki ze sztruksu, które całkiem nieźle nadawały się do noszenia do szkoły. Nie mam niestety żadnego z nich, żeby fotkę zrobić i wrzucić tutaj. W każdym razie dzisiaj pocięłam zakupioną niedawno zasłonę i wybrałam sobie jakiś w miarę prosty na początek wzór. I... ta dam!



 

niedziela, 3 lipca 2011

Ruszyła maszyna...

Trochę chyba naszło mnie natchnienie. Zasiadłam do maszyny i uszyłam  ostatnią poduchę do kompletu i są wreszcie trzy; nieparzyście, ale tyle miało właśnie być.


I jakoś tak korciło mnie, żeby coś jeszcze... Chodzi za mną od miesięcy narzuta na łóżko do sypialni, niebieska. Mam nawet kilka szmatek pasujących kolorem. Nie wiedziałam jednak ile tego, czy dużo jest, a może dużo brakuje. Do tego z jakich bloków ją uszyć, no i to kupę czasu zajmuje i to i tamto i masa powodów, żeby się nie zabierać za szycie. I dzisiaj nadszedł dzień, by się jednak zabrać. Przejrzałam materiały, dużo nie ma, ale wystarczająco, żeby chociaż jeden, no, może i ze dwa bloki uszyć. Na początek coś prostszego, żebym nie utknęła już na samym początku. Czyli żadne tam wymyślne, proste w kształcie, jakieś kanciaste i żeby dużo nie szukać, zerknęłam sobie do bloga Madzi i popatrzyłam się na jej cudnego czerwonego potwora. Podobają mi się te małe kwadraciki po niesymetrycznym środku. No i zrobiłam swoją wersję takich właśnie bloczków. Ja w liczeniu i mierzeniu najlepsza nie jestem, ale zadałam sobie trud rozrysowania kwadratu i nawet wymierzenia co ile powinno mieć centymetrów i dodałam z każdej strony na szew (też zmierzyłam ile moje szwy mają, żeby się później nie zdziwić, że np. 0,5 to za mało i dlaczego...). No i siup. Poszło! Jeden bloczek, później drugi... później... oporne wycinanie (muszę sobie opracować jakiś system, żeby nie szło tak pod górę), no i materiały to w dużej mierze ze szmaciaka, więc jakieś koszule i inne poduszki i jeszcze je rozcinać trzeba było. Normalnie wszystko na 'zniechętę'. Ale się nie zniechęciłam. No i zdobyłam sobie pomocnika, bo Darek mi  sporo pomógł w wycinaniu kolejnych, tak, że mogłam zająć się szyciem i rozprasowywaniem szwów (o matko! w życiu bym nie pomyślała, że ja szwy będę rozprasowywać, bo u mnie wszystko musi być szast prast, bez fastrygi, bez prasowania, na oko i od razu dobrze!) No i... tadam! Mam już 9 bloczków (jeszcze 'tylko' jakieś 10 razy tyle, później cała reszta przyjemności, jak kanapkowanie, pikowanie, moja ulubiona lamówka, ale... to nie teraz jeszcze, po co się zniechęcać już na samiusim początku).


 Problem w tym, że nie mam za wiele tych materiałów :( W szmaciakach większość to jednolite, ewentualnie wyprane i wytarte niemal do prześwitywania na drugą stronę. Zamówiłam więc kilka nowych szmatek w jednym ze sklepów patchworkowych (ponoć z pierwszej wypłaty zawsze trzeba coś sobie kupić, a że ja od czerwca w nowej pracy i właśnie pierwsze pieniążki wpłynęły na konto, to żal ich nie użyć). Napadnę mimo wszystko na jakiegoś używańca, może i tam coś ciekawego namierzę, zawsze to o wiele taniej. I tak to weekend sobie się kończy. Szkoda, że nie mam wakacji :( Ale wieczory długie, byle tylko natchnienia starczyło!