piątek, 2 listopada 2012

Szyję, więc żyję ;)

Heh... leniłam się trochę (trochę to za mało powiedziane), ale wszystko zwalam na karb depresji jesienno-zimowej ;) W każdym razie udało mi się zagnać siebie siłą niemal do maszyny i w taki oto sposób uszyłam wreszcie torbę z materiału, który dostałam jeszcze latem. I tak nie jest źle, bo np. lawenda, którą wczoraj wpakowałam w woreczki (też uszyte własnoręcznie, ale już nieobfotografowane) leżała w szafie prawie przez rok. Na moje szczęście była szczelnie zamknięta i nie wywietrzała dzięki temu. Ale, jak to się mówi, głupi ma zawsze szczęście :)
Torba ze zdjęcia po dziś dzień nie jest wykończona i sterczą z niej jeszcze niepowiązane nitki. Jeśli ktoś ma pomysł na pognanie w cholerę lenia, chętnie wypróbuję. 
Podszewki w torbie nie ma z rozmysłu. To już nie z lenistwa :)

Kolejnym moim dorobkiem (już zakończonym, żeby nie było, że i tu jakieś nitki jeszcze sterczą) są pokrowce na poduchy, którym już się należała zmiana. Doczekały się ;) Materiału jeszcze ciupelkę mi zostało i wycięłam z niego podkładki pod kubki z kawunią (mniam), które już nawet przepikowałam, jeszcze 'tylko' nitki poprzeciągać i powiązać (coś, za czym nie przepadam, ale co zrobić trzeba niestety) i doszyć jeszcze lamówki (to już nie jest takie okrutne)Wychodzi na to, że jednak maszyny nie wyrzucę z domu, bo może się jeszcze przyda ;)
Przy okazji wygrzebałam fajny materiał z kotami (który nie przyznam się ile już czasu leży w szafie) i nad którym teraz się zastanawiam, bo pomysłów mam kilka, ale jeszcze o nich nie napiszę. 

I jeszcze na koniec już zupełny pochwalę się, że posiadam sokowirówkę i napędziłam trochę soku marchwiowo- dyniowo- jabłkowego. Smak zupełnie inny niż Kubusie i inne takie tam. A że jestem szczęśliwym posiadaczem rodziców z wiejskim ogrodem, to przynajmniej wiem skąd te owoce i warzywa. Do soku nie dodaję także witaminy E, także zdrowszy, niż butelkowy- sklepowy.