niedziela, 24 lutego 2013

Zima

Kończy się powoli zima i dziś, na zamknięcie sezonu, wybraliśmy się z 'menżem' na biegówki. Jakoś tak trudno mi uwierzyć w to, żeby to był już koniec zimy i tak sobie myślę, że może jeszcze uda się wyskoczyć na narty do pobliskiego lasu... zobaczymy...
W każdym razie, jako, że długo nie było mnie na blogu, wzięłam się trochę w garść i wybrałam nieco ostatnich fotek, a nawet pobawiłam się nimi z lekka w PS, dzieląc je nawet tematycznie, żeby nie wrzucać wszystkiego w jeden plik. Nie, nie rozpiera mnie duma, choć to głupie. A powinna, bo 1. dawno nie byłam na blogu, 2. nie bawiłam się fotkami, 3. nie używałam PSa (ba, nawet zapomniałam wiele i muszę się niektórych rzeczy uczyć zupełnie od nowa). I jeszcze kilka punktów mogłabym tu wymienić, ale daruję sobie publiczne rachunki sumienia ;)
Trochę się tego zebrało przez moje olewanie tego bloga, także wybrałam tylko kilka rzeczy, na dodatek nierobótkowych. A co ważniejsze, poświęciłam trochę czasu na zrzucenie fotek z aparatów, zabawę nimi i nie rozpraszanie się na inne pierdoły (co w moim przypadku łatwe nie jest, bo robię 100 rzeczy na raz i często bywa tak, że spora część z nich nie zostaje skończona, heh...). Ciężko ja mam się z sobą samą ;)

No dobra, na początek biegówki, voila:
Odkryliśmy całkiem niedawno temu, że w lesie, tuż za naszym osiedlem, też jest sporo miejsca do biegania. Ba! są nawet 'przygotowane' trasy. Znaczy się ktoś już biegał, zostawił ślady, ułatwiając innym :) No cóż... jako, że narty założyliśmy niemalże pod blokiem, musieliśmy przebiec tu i tam przez ulicę, ale w lesie było już superos.
A dzisiaj byliśmy w Supraślu, gdzie odkryliśmy, że mamy straszelnie tępe narty, bo było całkiem ślisko, a myśmy musieli miejscami nieźle naginać, żeby dogonić ludzi, którzy biegali z nami. Mimo, że temperatura dziś była na plusie, śniegu w lesie całkiem sporo i to nie w stanie płynnym! No i dzięki takiej pogodzie nie marzłam w palce, co zimą na biegówkach jest dla mnie zdecydowanie najgorsze, bo taką porą bardzo łatwo marznę w 'końcówki' (tj. w stopy i dłonie).

Poza tym tej zimy po raz pierwszy jeździłam na snowboardzie (no, to za dużo powiedziane, że jeździłam, bo raczej dopiero się uczyłam). W taki też sposób przegrałam zakład, bo mówiłam, że nie dam się namówić, a nawet jeśli, to na pewno nic z tego nie będzie, nie nauczę się, nie będę umiała i takie tam inne pozytywne myśladła. Ale w sumie, to nawet nie chcę tego zakładu już wygrywać ;) Także, Darku, przyznaję się publicznie, że przegrałam!
No tak, jeździłam na oślej łączce, ale co tam ;) Nie poobijałam się, nie połamałam sobie nóg, a nawet udawało mi się nikogo nie zabić. Wg mnie snowboard jest łatwiejszy od nart. Na nartach nie szło mi w ogóle, a tu całkiem, całkiem. No i teraz żałuję, że jak tydzień temu byliśmy w Gołdapi, to nie próbowałam po raz kolejny. No cóż... może zima się jeszcze nie skończyła tak na dobre. 

Kolejna zimowa atrakcja tego roku, to wyjazd do parku biebrzańskiego na łosie! Tam mieliśmy się wybrać w tamtym roku, ale że zrobiłam w lutym niezłą jazdę ze swoją chorobą, to... nie było za bardzo jak jechać, bo w międzyczasie zima się skończyła. No cóż, czas leci szybko (niestety, choć w tym przypadku stety) i pojechaliśmy tej zimy :) A co jeszcze lepsze, widzieliśmy żywe, prawdziwe łosie! Nie udało się ich porządnie sfotografować, wrzucam zatem taką fotkę, jaką zrobić mi się udało. Ale nic to, dla mnie ważniejsze jest to, że chciałam i że zobaczyłam. Bo było to jedno z moich, hmmm... chceń/marzeń (?) :)
Mam nadzieję, że uda nam się jeszcze tam pojechać na nieco dłuższy spacer. To było naprawdę super, bo wszędzie widać całkiem świeże ślady różnych zwierzaków, odciśnięte w śniegu, a przed nosem przebiegły nam sarny (albo jelenie- nie znam się i nie rozpoznam po kolorze sierści, czy futra, czy jak to tam się nazywa; w każdym razie nie miało to poroża, ale może dlatego, że to były 'one').

W każdym razie zima jest naprawdę fajna! No dobra, nie można jeździć wtedy rowerem, ani chodzić w krótkim rękawku, ale... śnieg, narty, no i te łosie... :)

Następnym razem wrzucę jeszcze foty z planszówek i karcianek, w które grywamy ostatnio ze znajomymi (co tydzień są spotkania  i przez kilka ostatnich razów graliśmy w Draculę, ale o tym, już kolejnym razem).