niedziela, 30 stycznia 2011


Zrobiłam nowego aniołka :) Przybierałam się już od jakiegoś czasu, bo naprawdę dawno niczego z gliny nie robiłam, a mam jej cały kilogram, do tego nowe, jeszcze do wczoraj niewypróbowane farbki. Taaa... ma nieco sierocy wyraz twarzy, ale za to duże serducho. W jego skończeniu pomogli mi bardzo sąsiedzi, którzy tak wczoraj balowali przy muzyce disco polo (dokładnie było słychać słowa wszystkich piosenek), że mogłam spokojnie do niemal pierwszej nad ranem malować aniołka, bo spać się nie dało po prostu. Dzisiaj jeszcze lakierowanie i już :)
Lubię glinę samoschnącą, bo jak sama nazwa wskazuje, nie trzeba jej wypalać, ani piec w piekarniku. Mankament jednak ma taki, że po wyschnięciu figurka cała się rozpada na wszystkie najdrobniejsze części i trzeba je skleić, zanim się człowiek zabierze za malowanie. Ale wygodniej mi się z niej lepi niż z masy solnej (ostatnio urosła mi w piekarniku i efekt końcowy nie był do końca taki, jak to sobie zaplanowałam; może to kwestia przepisu... ale proszku do pieczenia przecież do masy nie dodawałam ;).

 

poniedziałek, 24 stycznia 2011

No i mam swojego pierwszego królika. Co prawda nie taki miał być, ale ten był dość łatwy i szybki do zrobienia. Schemat znalazłam na crochetville, a do jego zmiany i przerobienia nieco metodą prób i błędów zainspirowały mnie króliki Stokrotki. Z tą jednak różnicą, że mój szydełciak jest kilka razy mniejszy. Miałam po prostu wenę w minioną sobotę na szydełkowanie i tak mi dobrze szło, że połamałam szydełko, tzn. jego plastikową rączkę i ciśnienie mi to podniosło delikatnie mówiąc. Nic to, kupię sobie lepsze! bo tej grubości miałam tylko jedno. A następny królik będzie już miał te klapnięte uszy, o których ciągle gadam i piszę, że króliki powinny je mieć.
A tak w ogóle, to dzisiaj jest dzień prezentów :) Akurat dzisiaj miałam taki średnio fajny dzień, a tu kilka niespodzianek w domu na mnie czeka :) Pierwsza to przesyłka od Michaliny z okazji mojego bycia jej 100 obserwatorem (kiedy ja będę tylu miała?). A w paczuszce prezenciki haftowe (czyli dwa wzory na małe wyszywanki- moje ulubione rozmiary, bo szybko efekt widać, jeden ma komplet nitek i kanwę), kalendarz kulinarny z fajoskimi przepisami i do tego słodycze (a ja lubię słodycze). Dzięki wielkie Michalino, naprawdę przemiła niespodzianka, zwłaszcza, że ja jestem blogowiczką od całkiem niedawna. A na fotce część niespodzianki.

I to jeszcze nie koniec, bo od kumpeli (Iwonko, jeśli mnie czytasz, to wielkie dzięki:) dostałam  kserówkę z jakiejś gazetki o znamiennym tytule 'Anna' z fotkami szydełkowych królików i ze schematem. Jak fajnie, że ktoś o mnie pomyślał, tak zupełnie bez okazji. I jeszcze od mojego ukochanego dostałam skarpetki, żebym w domu w nóżki nie marzła, bo zmarzlak ze mnie okrutny.


I w taki oto sposób dzień, który nie był specjalnie przyjemny dziś dla mnie stał się zupełnie inny i o wiele bardziej pozytywny, za co wszystkim bardzo, bardzo dziękuję.
 

środa, 19 stycznia 2011


Skończyłam dzisiaj żółwika :) Żeby nie to, że kilka razy przyszywałam nóżki i rączki i prułam i znowu przyszywałam (no bo kto nie ma w głowie, ten ma... w tym przypadku w rękach) byłby gotowy już wcześniej. Poza tym dopiero dzisiaj dostałam takie małe cążki, żebym mogła nimi igłę wyciągać, bo palcami totalnie mi nie szło (jeszcze dzisiaj mnie bolą). Ale żółw już jest i w dodatku fajosko wygląda (powiem nieskromnie). Miał być zrobiony z włóczek wyłowionych z szuflady mojej mamy, ale 'niechcący' trafiłam w pasmanterii 'po drodze' na małe motki fajnych zielonych włóczek -na zdjęciu kolory są zbyt blade, niestety-  i nie mogłam się im oprzeć, bo to przecież nie dla mnie, a dla żółwia, co nie?! ;) No i nie miałam też koralików, bo nie zbieram takowych rzeczy (może czas zacząć...), więc zrobiłam je z gliny i pomalowałam zwykłymi akwarelami i bezbarwnym lakierem do paznokci (z witaminą B, żeby nie było!).

Fotka dość kiepskiej jakości, bo padły mi baterie w aparacie (2 komplety, akurat w takim momencie! Ale już je ładuję i może później zrobię jeszcze mini sesję żółwiona).
Żółwik jest według przepisu Bromby (wielkie dzięki, bo sama bym nie potrafiła wykombinować wzoru z racji na to, że ja zupełnie początkującym szydełkowcem jestem i dzięki Brombie właśnie mogłam się pobawić szydełkiem i tego i owego się nauczyć, bo w żółwiu są np. słupki o których ja do tej pory bladego pojęcia nie miałam, to samo z oczkami ścisłymi... no, ale nadrabiam braki w wykształceniu).A poniżej żółw w rozsypce jeszcze.

Dorobiłam jeszcze fotki żółwia, bo się baterie podładowały. Na tym zdjęciu widać tylną część skorupki, bo wzór żółwia naprawdę niebylejaki i w szczegółach dopracowany. Tutaj dla mnie dodatkowa trudność- zmiana kolorów, super równo mi to nie wyszło, ale trochę zamaskowałam wyszytym na skorupce wzorem ;)

I wysłałam też foty do Bromby, żeby mogła je dodać do zdjęć ze swojej zabawy.


niedziela, 16 stycznia 2011

Dla tych, którzy nie wiedzą, w Białymstoku można obejrzeć wyszywaną w oryginalnych rozmiarach Bitwę pod Grunwaldem Jana Matejki. Prace 33 osób nad obrazem trwały prawie dwa lata. Muszę przyznać, że robi wrażenie. Co mnie jednak rozczarowało, to ekspozycja. Bo haft jest ustawiony w korytarzy galerii handlowej i to nie tej najczęściej odwiedzanej w mieście. Obraz zasługuje na o wiele lepsze miejsce (np. muzeum w ratuszu) i zdecydowanie lepsze oświetlenie. Być może jest to kwestia braku funduszy... a szkoda. W każdym razie obejrzeć warto, a jest jeszcze czas, bo haft będzie wystawiony w Galerii Podlaskiej do 11 lutego. 
Zdjęcie robiłam pod kątem, bo całe dzieło nie mieści się w obiektywie (korytarz jest z lekka zbyt wąski). A poniżej jeszcze fotka fragmentu tego haftu.


 A tak z zupełnie innej beczki, to się wreszcie zebrałam w sobie i ugotowałam curry, które to chodziło za mną od dłuuuuugich już tygodni. Mam nadzieję, że to nie profanacja tak przy Matejce o jedzeniu pisać, ale, może w grobie się nie przewróci ;) Curry kurczakowe, a do tego dal (z soczewicy) i sag aloo (czyli ziemniaki ze szpinakiem). Ale zaszpanowałam znajomością hinduskich nazw, he he. I jeszcze się pochwalę, że smakiem całkiem, całkiem przypominało oryginał. 


Robótkowo natomiast, zaczęłam żółwia szydełkowego i mam na razie głowę, brzuszek i kapelusz, zaraz zabieram się za rączki i nóżki, ale nie sądzę, że dzisiaj uda mi się skończyć. W każdym razie postaram się w tygodniu mieć już całego żółwika i wrzucić nawet fotki. A oryginał można zobaczyć na blogu Bromby. I jeszcze hafcik- Greek Island Powella. Ale tutaj jestem na etapie wydruku wzoru i zakupu nitek. Obrazek na zamówienie dopiero na kwiecień, ale żeby nie było jak to ze mną bywa, że na ostatnią chwilę, wolę zacząć znacznie szybciej, mimo, że haft w sumie niewielki jest. I jeszcze... koliber, już wspominany na blogu i całkiem przeze mnie ostatnio odłożony na bok. Tak mało z nim zrobiłam, że nie będę nawet fotek tych 'postępów' zamieszczać (wstyd przed samą sobą normalnie!).

niedziela, 9 stycznia 2011

Jakoś mi ostatnio nierobótkowo. Zabrałam się za kolejnego szydełkowego stwora, mam główkę, brzuszek i pół ucha (bo to królik ma być), ale chyba przesadziłam z nitką, bo znowu wzięłam cieniutki kordonek, zamiast normalnej włóczki. No cóż... Coś tam z tego wyjdzie. A w tak zwanym międzyczasie zrobiłam ciasto czekoladowe. I nie jest to zwykłe ciasto, to jest żywa czekolada :) Ciasto samo zdrowie, bo jak każdy wie, czekolada to warzywo, a warzywa trzeba jeść, hi hi hi. W gotowaniu z czekoladą zasmakowałam po obejrzeniu serii filmów dokumentalnych o Willie'm Harcourt- Cooze, który kupił plantację kakao w Wenezueli i otworzył fabrykę czekolady. Filmy dotyczyły właśnie perypetii plantacyjno- czekoladowo- fabrycznych i były przeplatane przepisami Willie'go. A były to przepisy nie tylko na słodkości. Póki co, robiłam tylko ciacho i kurczaka z czekoladą i chilli (mniam!). Jakby ktoś był zainteresowany, to została wydana nawet książka z przepisami. Osobiście nie sprawdzałam, ale kto wie...
Ja w każdym razie mam przepis na ciacho i się nim podzielę:
2 tabliczki ciemnej czekolady, 200g cukru (ja dodaję mniej, żeby ciasto smakowało bardziej gorzką czekoladą), 4 jajka, 180g masła. Czekoladę należy rozpuścić razem z masłem na parze (z braku przydatnych narzędzi i urządzeń kuchennych po prostu zawiesiłam mały garnuszek nad dużym, w którym gotowałam wodę i jak dla mnie, było to OK), żółtka w międzyczasie utrzeć z połową cukru, a drugą połowę dodać do białek, żeby ubić je na sztywną pianę. Gdy czekolada i masło się rozpuszczą, trzeba dodać żółtka, a na koniec delikatnie wymieszać całość z pianą. Wlać do przygotowanej formy (ja tylko wykładam średnią tortownicę papierem do pieczenia) i piec w nagrzanym piekarniku przez 40 minut. Piekarnik ustawiam na 4 (mam akurat gazowy, w elektrycznym to będzie chyba 180st.). Można też piec krócej, wyłączyć piekarnik i zostawić ciacho do wystygnięcia, dzięki temu może aż tak bardzo nie opadnie.

Jak dla mnie, paluszki lizać. Dobrze smakuje samo, z lodami, z bitą śmietaną, albo z sosem budyniowo- waniliowym.
Próbowałam też do ciacha dodać chilli, żeby nadać mu nieco bardziej wyrazistego smaku. Z tym radzę uważać, bo ja przesadziłam. Ale i tak zostało zjedzone do ostatniego okruszka.

A już tak w zupełnym międzyczasie czytam sobie książki. Zazwyczaj kilka na raz, bo jedna jest do czytania w łóżku przed snem (w tej chwili to Cejrowski), jedna zawsze pod ręką (Pawlikowska) i trzecia, największy smaczek- do autobusu w drodze do i z pracy to jest perełka, czyli Terry Pratchett. W taki sposób przeczytałam sporą część serii Świat Dysku. Teraz mam 'Piekło pocztowe'

ale polecam wszystkie, zwłaszcza, że można je czytać w dowolnej kolejności :) Na zachętę link z serią i wybranymi cytatami (a teksty są po prostu prześmieszne, a i to za mało powiedziane). Książki podbieram z półki kogoś, kto mnie zaraził (trochę niechcący) Pratchettem ;) http://www.pratchett.pl/terry-pratchett-cytaty.html

Na swoją kolej czeka też kilka książek o Afryce, na które teraz tylko łakomym okiem zerkam, bo moim marzeniem, które zamierzam spełnić (bardzo bym chciała w tym roku) jest podróż do Afryki, tej afrykańskiej, nie arabskiej (chociaż Egipt i nurkowanie też są na mojej liście pod tytułem 'chcę').