sobota, 12 listopada 2011

Snurk... snurk... snurk...

Trochę mnie nie było tutaj. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko i wyłącznie lenistwo. Fakt, trochę w międzyczasie zdarzyło mi się posiedzieć przy maszynie, ale totalnie nie chciało mi się fotek robić, ani pisać nic na blogu. Ot tak. A jeszcze innym międzyczasie udało mi się wyrwać z pracy i pojechać w stronę słońca :) W tym roku poniosło nas do Egiptu. Mimo, że tylko do tej turystycznej części, ale... narzekać nie będę! Pogoda dopisała, no bo jakby miała nie dopisać w miejscu, w którym praktycznie w ogóle nie pada deszcz. Błękitne niebo, turkusowa woda, rafy koralowe i kolorowe rybki... aż nie chciało się wracać. 


Nastawiliśmy się na błogie lenistwo, czyli przede wszystkim snurkowanie (na hotelowej plaży, dosłownie przy brzegu były rafki i wszystkie możliwe rybki, które można w Morzu Czerwonym zobaczyć. Szok! Wystarczyło mieć maskę, rurkę, snurk pod wodę i... Na fotkach widać całe nic, ale czego też spodziewać się od plastikowego aparatu na kliszę kupionego tuż przed wyjazdem na naszym kochanym alledrogo). Lenistwo oczywiście obejmowało kilka dodatkowych atrakcji- przede wszystkim rejs statkiem ze snurkowaniem w parku narodowym i nurkowaniem dla odważnych (do których ja się tym razem nie zapisałam) i jeszcze wyprawę na pustynię i do kolorowego kanionu.


 Już sama droga robi wrażenie. Jechaliśmy małą grupą (tylko 6 osób), terenówką, która pokonywała najpierw kilometry asfaltu w stanie milion razy lepszym niż w Polsce (no cóż, brak tirów i mrozu pewnie się do tego nieco przyczyniły) i po pustynnym piasku. Po drodze pięknie rzeźbione piaskiem skały, osady beduińskie, karawany wielbłądów, gdzieniegdzie samotne akacje i puste przestrzenie jak okiem sięgnąć.

Do kanionu wchodziliśmy z beduińskim przewodnikiem, który prowadził nas pomiędzy cudownie rzeźbionymi kolorowymi skałami. Pewnie jest to mini raj dla geologów, bo oprócz pięknych form, było tam mnóstwo przeróżnych kamieni, od bazaltów, poprzez alabastry i onyksy. Problem tylko w tym, że z Egiptu nie można wywozić ani kamieni, ani muszli, ani koralowców. A szkoda :( lepsza pamiątka niż wszystkie ta badziewa sprzedawane w sklepach z pamiątkami.


Mimo ostrzeżeń rezydenta, według którego nie ma po co wychodzić z hotelu na spacery (zwłaszcza pod wieczór), trochę poszwędaliśmy się też po okolicy, dzięki czemu odkryliśmy dziką i bezludną plażę, a na niej masę martwych już raf i odłamków muszli i korali wyrzuconych przez morze. Przy okazji załapaliśmy się na nadmorski zachód słońca. Dopiero w drodze powrotnej odkryliśmy tabliczkę z zakazem wstępu... yyy... we not speak Arabic :) A propos języka, to zadziwiająco dużo tambylców mówi po polsku, wielu z nich naprawdę dobrze. Reszta zna oczywiście 'cześć, jak się masz' 'dobra, dobra, zupa z bobra' i jeszcze 'z wieprza lepsza'. Zagadywali kogo się da, chwaląc się swoją znajomością wielu języków obcych. Na szczęście omijaliśmy bazary szerokim łukiem, a w bardziej cywilizowanych 'marketach' nikt nie wciągał nas na siłę do swego sklepiku, usiłując sprzedać nam papirus w 'bardzo dobra cena'.



 Leniuchowaliśmy też trochę w hotelu i na plaży :) Hotel miał jakąś niezliczoną liczbę basenów (fotka w prawym dolnym rogu to widok z naszego okna), wśród których można było się pogubić. W każdym razie, jako nienależący do lubiących leżeć plackiem, więcej łaziliśmy tu i tam i snurkowaliśmy, co widać w bardzo skromnej, jak na takie słońce opaleniźnie :)
Fota w górnym rogu to wcale nie basen, to woda w morzu! Kolory były przecudne, od błękitów, poprzez turkusy, po ciemniejsze niebieskości. Normalnie raj. A ta fotka kojarzy mi się z materiałem, który ciacham do narzuty, tam też są czarne rybki na niebieskim tle :) Jak skończę narzutę, będą mi te kawałki przypominały wakacyjne czasy!
Mieliśmy też dwa przymusowe dni hotelowe, bo dopadła nas faraonka. Akurat mieliśmy jechać do Kairu. Tak, tak, wiem, że to tak, jakby będąc nad polskim morzem, chcieć sobie zrobić fotkę przy Gubałówce (bo odległość od nadmorskich kurortów jest mniej więcej porównywalnie odległa). Zarezerwowaliśmy sobie właśnie wycieczkę do Kairu (no bo tak jakoś nie tego- być w Egipcie i piramid nie widzieć...) u egipskiego beach boya i wieczorem masakra z gorączką, skrętem kiszek i bieganiem do toalety. Brrr... No i nie było piramid. Obejrzeliśmy za to wszelkie możliwe seriale, wiadomości, dobranocki, itp., bo to były bardzo stacjonarne dwa dni. Nic to! I tak cała wyprawa bardzo mi się podobała i zaostrzyła mój apetyt na kolejne wakacje... tym razem będzie to czarna Afryka, na którą choruję już od dłuższego czasu.