niedziela, 25 sierpnia 2013

Domowe przetwory :)

Naszło mnie jakoś na gotowanie. Ostatnio przez kilka tygodni nie było rodziców i pilnowaliśmy ich działki. Szkoda, że tak późno wpadliśmy na pomysł, że z tego wszystkiego, co tam rośnie można by spróbować zrobić coś nowego. Np. suszone pomidory. To akurat pomysł nie mój, bo Darka i on też był głównym wykonawcą. Jeszcze nie wiemy jak smakują, bo dopiero wczoraj wieczorem zostały wpakowane do słoików. Suszone w piekarniku, nie na słońcu, ale chyba nie jest to jakiś mega problem. Zwłaszcza, że przynajmniej wiadomo jak te pomidory było hodowane, że rosły w normalnej ziemi i nie były podlewane żadnym cholerstwem. 
Dzisiaj jeszcze zrobiłam fotę słoiczkom. Szkoda tylko, że nie zerwaliśmy do nich bazylki i oregano (dodana jest do nich mieszanka przypraw prowansalskich ze sklepu i czosnek, bynajmniej nie z Chin, a działkowy). Ale nic to. To jeszcze próbna wersja. Choć nie wiem czy uda nam się z kolejną w tym roku jeszcze... Ale, kto wie. 

Ja z kolei sobie zaszalałam z zupą pomidorową. Uwielbiam taką zwykłą pomidorówę, ze zblendowanych pomidorów, nie tych ze słoika, czy innego kartonu, ale takich prawdziwNych. Przepis całkiem prosty, bo najpierw robię wywar warzywny z tego, co pod ręką (tym razem pietrucha, marchewka, seler i papryka ostra), do tego pomidory bez skórki. Wszystko zblendowane i doprawione, jak kto lubi, u nas zazwyczaj jest to bazylia, pierz i sól. 
No i co? Zdjęcie zupy też być musi, a jak! :P
 Żeby nie było, że to już wszystko! Ugotowałam swój pierwszy w życiu dżemer! Tak, wiem, nie ma czym się chwalić, że dopiero teraz, ale... lepiej późno niż wcale. Pierwszy był malinowy, z żelfixem. Tu fotki nie mam, bo i też roboty za dużo przy tym nie było. Po prostu zagotować maliny, dodać żelfix, cukier i zapakować do słoiczków. Drugi jest ze śliwek węgierek (mój ulubiony dżem, którego dawno już nie jadłam, nie wiedzieć czemu). Nazbieraliśmy, póki co, śliwek, które już pospadały z drzewa i siup do garnka. Oczywiście po uprzednim umyciu i wyjęciu z nich pestek. Rozgotowało się bardzo szybko. Dodałam jeszcze soku z cytryny, bo ponoć dzięki temu śliwki nie tracą koloru. Aczkolwiek chyba nie jest to niezbędne. No i cukier. Tu dość oszczędnie, bo śliwki i tak są słodkie. No i tak przez trzy dni gotowałam je po trochu, mieszając, żeby nie przystały do dna i się nie przypaliły. I viola! Dżem jak ta lala :) Słoików też nie wyszło z tego nie wiedzieć ile, bo aż trzy. Ale mam świeżą dostawę śliwek i dzisiaj, albo jutro zabiorę się znowu za gotowanie dżemera.
Na dowód wrzucam fotkę. Muszę sobie łychę drewnianą kupić, bo ten dżem mieszałam łopatką. Nic to, dopiero odkrywam w sobie naturę kury domowej. Także z czasem pewnie kuchnia poszerzy nieco swój asortyment przetworowy.

sobota, 17 sierpnia 2013

Na specjalne życzenie Magdy :P

No dobra, to wrzucam kołderkę kubusiową już teraz. Kubuś jeszcze za mały jest, żeby cokolwiek zakumać, ale rodzicom się podobała (bo już zdążyłam oddać :) ), zwłaszcza, że tematyczna, bo oboje są żeglarzami, no i Kubuś też być musi, a jak!
Trochę miałam problemów z wyborem sposobu zszycia tych materiałów, bo wzór na wszystkich materiałach jest bardzo maleńki (a że materiały kupowane przez internet + to, że ja niespecjalnie mam wyobraźnię przestrzenną, to trochę mnie to mojego marudzenia kosztowało). 
A poza szyciem, mam trochę innych ciekawszych rzeczy do roboty. Dzisiaj np. byliśmy na kajakach, a raczej na canoe (bo akurat było wolne, a mężuś akurat na to się napalił... i słusznie, bo było fajniej, niż kajakiem płynąć :P)
trochę się przyjarałam, bo oczywiście później było pływanie w stroju kąpielowym, a pogoda akurat super się zrobiła. Także wyglądam teraz tradycyjnie, tzn. jak rolnik przy żniwach :P Całe szczęście, że nie opaliłam się w tym roku od spodenek i koszulki rowerowej ;)
 
 

czwartek, 15 sierpnia 2013

jesień, jesień, jesień, złote liście spadają z drzew... la, la, la ;)

Ostatnimi czasy nie mam specjalnie weny ani na szycie, ani na haftowanie, czy cokolwiek w ten deseń. Powoli, baaaaardzo powoli robię nową narzutę na łóżko. A w międzyczasie uszyłam kołderkę dla małego Kubusia, który jeszcze swego prezentu nie dostał, ale w sumie młody jeszcze jest, bo ma dopiero trzy tygodnie. Kołderkę wrzucę tu przy jakiejś innej okazji. Dzisiaj naszło mnie takie uczucie, że kończy się niedługo lato, że bociany zaraz zaczną zbierać się do odlotu i takie tam. A w tym roku udało nam się wreszcie pojechać do bocianiej wioski, gdzie jest sporo gniazd i jeszcze bardziej sporo bocianów. Gdy byliśmy tam ostatnio, trochę się spóźniliśmy, bo młode ćwiczyły latanie przed zbiórką i ucieczką w ciepłe kraje. Heh, szkoda, że ludzie nie uciekają w jakiejś cieplejsze miejsca na zimę... Chociaż... nie byłoby biegówek, bałwanów, śnieżek, łyżew i innych przyjemnych, zimowych rzeczy.
W każdym razie pomyślałam sobie, że wrzucę tu kilka zdjęć i że nawet kilka słów napiszę. I tak oto jestem :)
A żeby nie było, że mnie coś dziwnego z tą jesienią naszło, to już widziałam całkiem dojrzałą jarzębinę, co dla mnie jest typowo jesienne, no, może poza kolorowymi liśćmi ;)