niedziela, 24 kwietnia 2011

Poduchy

W ramach wielkanocnych porządków zrobiłam sporo nieporządku :) Aczkolwiek czuję się mocno usprawiedliwiona, bo w jego wyniku powstały dwie patchworkowe poduchy. Jakiś czas temu mama kupiła nam fajne duże poduszki do spania. Ja tam wybredna nie jestem i od długiego czasu spałam na 'jaśku'. No i tak oto 'jaśki' zostały zwolnione i leżały sobie w szafie, czekając na lepsze czasy, które nadeszły wczoraj. Zostało mi jeszcze trochę satynowanej bawełny (z której uszyłam pokrowiec na maszynę). Do czerwonego dołożyłam brązowy, żeby kolorystycznie pasowało do siebie i do reszty pokoju i tada tam! pojawiła się pierwsza poducha. Poszło w miarę szybko, bo miałam niezastąpioną pomoc w cięciu materiału ( :* ) mimo, że w międzyczasie omal nie zabrakło mi nici (to znaczy zabrakło, ale znalazłam jeszcze resztkę innej, bardzo podobnej, a różnicy na poduszce w ogóle nie widać, a już przy samiuśkiej końcówce do bębenka zapakowałam jeszcze inną resztkę czerwonego, który już taki podobny nie jest, ale poszedł na spód, na ostatnie 4 cm, więc nikt się nie połapie w tych nitkach, hi hi). No, a że poduszki są dwie, to szkoda tak jedną zostawiać w szafie, żeby jeszcze czekała i... uszyłam jeszcze jeden (jak szaleć, to szaleć!). Kolejny już prostszy, bo w paski, bez większych kombinacji. I już dochodziła godzina 21 i ja szczęśliwa, że po nocy szyć nie będę (i tak to pewnie było bezbożnictwo w Wielką Sobotę przy maszynie siedzieć!) i... tragedia okrutna! przyszyłam spód poduszki na lewą stronę. Wrrrrrr... co było robić.... pruć! i cicho sobie kląć pod nosem (ale nie za dużo). W każdym razie poduchę skończyłam, tym razem jak należy i obie już leżą na widoku w pokoju (nie w szafie) i ładnie sobie wyglądają. I jest też trzecia, w jakimś takim niepasującym pokrowcu i palce świerzbią, żeby i ją w najbliższym czasie w brązy i czerwienie zapakować, a materiału jeszcze starczy... 


I jeszcze Powella zapakowałam w ramkę i prezentuje się jak widać na fotce poniżej. Już powędrował do nowej właścicielki i został dołączony do kolekcji innych obrazków  z kościółkami (nie ma w niej jednak żadnej wyszywanki, moja jest pierwsza!)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Trochę zezowate kurczaki


Tak naszło mnie świątecznie, ale zamiast porządki robić, okna myć i takie tam, ja się zabrałam za nieporządki, czyli rozkładanie materiałów na podłodze, cięcie i zostawianie wszędzie ścinków i kawałek nitek. Ale za to mam dwa pijane kurczaki :)  Chciałam też przy okazji zakombinować coś z pikowaniem i może nie jest to lot trzmiela, ale jakiejś tam wiosennej, nie do końca jeszcze rozbudzonej muchy. Jak na pierwszą pikowankę bez trzymanki, to jest naprawdę OK. No i jestem zadowolona  z moich pijanych wielkanocnych kurczaków. Fotki znowu robione wieczorem przy badziewnym świetle, a że mój komputer niespecjalnie odzwierciedla kolory, to też i nie wiem jak je w PS podrasować, żeby przypominały rzeczywistość. Trzeba się chyba przestawić na robienie zdjęć porą dzienną, gdy słońce za oknem i można bez wyrzutów sumienia wyłączyć lampę błyskową.

Trochę jeszcze zaszalałam i pocięłam swoje piękne materiały zakupione na jakąś specjalną okazję, jak już będę umiała super szyć i wymyślę coś extra do uszycia... No i pocięłam je, żeby uszyć opakowkę na dysk wymienny ;) Przy okazji wypróbowałam obszywanie guzików, bo tego to akurat nigdy nie było mi dane na maszynie robić. Fajna funkcja. I mam już zamówienie na kolejną opakowkę, tym razem na taką przenośną stację CD do laptopa :)



 

wtorek, 12 kwietnia 2011


Jeszcze świeżutki spod igiełki ;) Mój wielkanocny jajcarski zając. Minę ma nieco przestraszoną, no bo kto tak po nocy robi sesje zdjęciowe świeżo uszytym zającom?! Nigdy nie przepadałam za zimnymi jajkami (no chyba, że faszerowanymi) i święconka mi w buzi rosła, gdy przyszło do zjedzenia tego paskudnego jajka. No, ale z takim ocieplaczem to żadne chłody gotowanym jajkom niestraszne ;) Fotka średniej jakości, bo po dość po ciemku robiona, ale co tam, chciałam zająca jeszcze dzisiaj wrzucić na bloga, no to wrzucam. Może, może, może... w przypływie natchnienia powstanie nieco większe stadko. Mam nawet fajne materiały, które by pasowały nawet... ale jakoś nie mam serca ich pokroić, bo nie daj boże zmarnuję i co będzie?! Strach się bać.

Edycja z dnia kolejnego (tj. z dzisiaj):

Dziś dorobiłam mu towarzysza i są już dwa :) Z tym poszło mi szybciej i łatwiej, bo już sobie sposób opracowałam usprawniający szycie. Trochę zaniemogłam i zamiast w pracy, siedzę sobie w domu, a że plackiem w łóżku leżeć się nie da...
Mimo wszelakich starań, zdjęcie nie oddaje kolorów, bo nowy jest 'żywszy'. Światło dziś niespecjalnie przyjazne do fotek, bo pochmurno jest, a mój aparat aż tak inteligentny nie jest, ani ja oblatana w photoshopie, żeby je podrasować. Trudno.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011


Skończyłam wreszcie grecką wyspę Powella :) No tak, nie jestem super szybka jeśli chodzi o robótki (dużo by się na raz chciało, a czas jakoś tak się kurczy mocno, zwłaszcza ostatnio i po cichaczu marzy mi się kilka dni wolnego, żeby tak w domu posiedzieć trochę i wcale nie po to, żeby okna umyć! o nie, nie!). Obrazek uprany, wykrochmalony i uprasowany, ale jeszcze bez ramki. Pewnie coś brązowego (drewnianego) i białe passe partout. 


Na razie nie zabieram się za nową wyszywankę (choć mam dwie zaczęte i jeszcze kilka przygotowanych i czekających na swoją kolej. Może uda mi się zmobilizować i coś jeszcze świątecznego uszyć i wypróbować nowe włóczki (no dobra, jedna jest nowa, reszta to sprezentowane przez koleżankę pozostałości po różnych szalikach i innych rękawiczkach)  i coś wyszydełkować (mam nadal schematy uszatych królików i innych stworów).

sobota, 2 kwietnia 2011

Wszędzie kury, albo jakieś inne wiosenno- wielkanocne klimaty. Pozazdrościłam, szczególnie Joli, która zrobiła piękny bieżnik z kurami właśnie. Od niej to na oko ściągnęłam też wzór. To mój pierwszy paper piecing. Co ja się wczoraj miałam wieczorem! Niebardzo wiedziałam jak się za to zabrać, choć na pierwszy rzut oka wydawało mi się taaaaakie łatwe. Znalazłam jakiś super samouczek na necie, z którego zrozumiałam tyle, że nie byłam w stanie tego kuraka uszyć. Tak więc metodą prób i błędów coś tam narysowałam, pogrubiłam markerem, żeby na drugą stronę też przebiło, żeby wiadomo było jak te kawałki materiału układać po lewej stronie papieru i mam, mam dwa kuraki. Dzióbki i grzebienie mają z filcu, a oczka z guzików. Jestem też zadowolona ze swojej lamówki. Tym razem uzbroiłam się w nieco więcej cierpliwości, zaprasowałam całość najpierw i powoli, dokładnie przyszywałam, zakładając rogi z duuuuużą dozą cierpliwości, największą na jaką mnie stać, a do najcierpliwszych nie należę. I w taki oto sposób lamówka ma przyzwoite rogi. A do tego kąty nie są jakieś tam sobie kreatywne, jak to u mnie bywa, a proste (albo bardzo prawie proste).

A w piekarniku już dochodzą do siebie kopertki szpinakowe. Przepis znów prosty- ciasto francuskie + szpinak (kupujemy mrożony), ugotowany z czosnkiem i serem pleśniowym. Jestem wielbicielem szpinaku, zwłaszcza w takiej kombinacji smakowej. Mniam :)

A tutaj gotowe już. Trochę się otworzyły podczas pieczenia i z kopert zrobiły się tulipany :)