czwartek, 30 grudnia 2010

O jaaaacieeee... ale normalnie dumna z siebie jestem!!! Zrobiłam swojego pierwszego myszona! I na dodatek jest fajoski. Kurczę, jeszcze niedawno patrzyłam zazdrosnym okiem na szydełkowce na innych blogach, a tu proszę, zaczynam swoje własne małe stadko produkować. Myszy chodziły za mną już czas jakiś i udało mi się wymyślić jak takową zrobić. Bo ja początkująca szydełkownica jestem i w sumie jeszcze w listopadzie umiałam tylko łańcuszek zrobić. Jak mnie mama próbowała nauczyć kiedyś w dawnych czasach serwetki robić, zawsze wychodziła mi czapeczka, bo za mocno zaciskałam oczka. No, ale że serwetki niemodne już, jak i meblościanki, których były ozdobnikiem, to mogę spokojnie odetchnąć, że je partaczę. No i powstał myszon- kompilacja kilku wzorów i odrobiny mojej własnej inwencji. I co tam, że ma jedną nóżkę bardziej od drugiej, ważne, że jest i to mój, spod mojego szydełka! Zdolniacha ze mnie, co nie? że nieskromnie o sobie powiem. Kolejny będzie królik, bo też mi się marzy, taki z uszami długimi i oklapłymi (chciałam prawdziwego, ale kable obgryza i meble, a w klatce go trzymać byłoby niemiłosiernie. Może jak się dorobimy większego mieszkania, albo domu... to kto wie, może i dla psa, a nawet i kota miejsce by się znalazło, nie mówiąc już o kłapouchym króliku).

poniedziałek, 27 grudnia 2010

No tak, już po świętach, ale co mi tam, wrzucam fotkę naszej choinki. Jest żywa, pachnąca i... gubi igły. Taki urok tych prawdziwych. Ozdoby- ręczna robota, poza aniołkami, które zostały kupione; no i światełkami, bo jakoś nie pociąga mnie bycie elektrykiem-samoukiem. A pod choinką znalazłam m.in.


Z czym też wiąże się dla mnie nauka na przyszłość, bo chyba czasem jestem za bardzo w gorącej wodzie kąpana. Maszynę wybierałam sama, w sumie to na szybkiego i bez dłuższego zastanawiania się. Bo lekka, podręczna, przenośna, dużo ściegów i fajnych funkcji w porównaniu ze starą maszyną mamy. No i od samego początku problemy. Bo wszystkie (dosłownie wszystkie) części są plastikowe to raz, a dwa, że coś się od samego początku psuło i nie wiadomo w sumie co. Maszyna (nówka, nieśmiagana) była już dwa razy w serwisie. Właśnie wróciła i nawet działa, ale mam jakiś uraz do niej i jej chińskości tandetnej. Na szczęście (oby nic się nie zmieniło!) da się ją wymienić na coś lepszego i przynajmniej choć z odrobiną metalu w sobie (przecież choćby szpulka w bębenku non stop chodzi i jak niby to ma funkcjonować bez popsucia się...). I oby tak się to skończyło, że na błędach czegoś się nauczę. Kolejna maszyna też będzie raczej prosta, ale... trochę ruszyłam głową zanim powiedziałam, że ta będzie dla mnie OK.
A kolejne wyzwanie dla mnie, to...
Książka w sumie łatwa, bo niemieckiego już się uczyłam (ba! ja go nawet całkiem nienajgorzej użyć potrafiłam), ale... jak się nie używa, to jakoś tak samo z głowy ulatuje, a szkoda. Mam zatem świąteczno-noworoczne postanowienie, że odświeżę to i owo i douczę się jeszcze czegoś i... trochę już sama siebie się boję, bo ja mam słomiany zapał i bardzo szybko ten zapał mi mija. Zobaczymy ile te chęci okażą się warte. Tymczasem jest książka, wygrzebane samouczki i nawet słownik odkurzony. Ale tym razem będzie inaczej! O! Trzymajcie kciuki.

sobota, 18 grudnia 2010

Coraz bardziej świątecznie i oczywiście piernikowo. Wczoraj powstał taki o to domek z piernika, pachnący ślicznie, że aż się nadgryźć chce, ale... szkoda trochę tak przed świętami, no i za ładny jest, żeby tak od razu zjadać. Domek dzieło wspólne. Mój prywatny architekt zajął się projektem i konstrukcją, ja sklejaniem i zdobieniem. Sądząc po efektach, to całkiem niezły z nas team :) W planach kolejne piernikowe domki (apetyt rośnie w miarę jedzenia... to znaczy pieczenia). Ten powędruje pewnie do rodziców, żeby tak na święta z pustymi rękami nie iść.

czwartek, 16 grudnia 2010

...trochę piernikowo i świątecznie. Zrobiłam dwa gingermany (po naszemu ciastki :) Chciałam je trochę bardziej kolorowo polukrować, ale jakoś tak zielony lukier barwiony szpinakiem, albo innym jarmużem... to jakoś tak niesłodko... Ciastki jeszcze muszą dojrzeć, bo jak na świeży piernik przystało, są czerstwe (znaczy twarde). Trochę im się nóżki zrosły, bo nie wiedziałam, że piernik aż tak urośnie, mimo cienkiego rozwałkowania. Korci mnie, żeby takie malutkie jeszcze powycinać na choinkę... może, może... 
I zrobiłam jeszcze jednego szydełkowego stworka. Miał być królik, bo mam ochotę na królika z długimi, klapniętymi uszkami. Ale cóż... przepis był na szydełko 4mm i taką też i nitkę, moje szydełko to 1mm coś tam, więc... zamiast królika wyszedł maciupki miś, bo nie dało się uszu króliczych mu wydziargać, przynajmniej nie przy moich umiejętnościach. Ale nic to, królik jeszcze powstanie! :) Tymczasem prezentuję moje niedoszłe królicze maleństwo. Aha, jakby na pierwszy rzut oka nie było widać, to mały siedzi w łupince od orzecha włoskiego ;)

czwartek, 9 grudnia 2010

Zrobiłam, zrobiłam, zrobiłam!!! :) Mój pierwszy szydełkowy stworek okupiony dużą ilością prucia i zaczynania od nowa, ale udało się. No, pewnie gdyby nie Magda i jej szkolne kółko misiowe, pewnie jeszcze długo bym się zbierała. Bo w amigurumi zakochałam się chyba w maju, czy jakoś tak. I od tego czasu zupełnie nic w tym kierunku nie zrobiłam. Aż do teraz. Kupiłam nawet kilka nowych nitek, póki co małe kordonki, bo nie wiem na ile czasu zapału mi starczy do szydełkowania. Mam nowe wzory i chciałabym królika z długimi, klapniętymi uszami wydziargać. O jaaaaacieeee... jak fajosko, że mi jednak wyszło. Fakt, miś trochę niepełnosprawny, nie wszystkie oczka równe, ale hej! przecież to mój debiut szydełkowy! Normalnie dumna z siebie jestem, a co! Miś miał mini sesję fotograficzną i jeszcze kilka fotek poniżej dodaję :)

niedziela, 28 listopada 2010

I aniołek skończony i oprawiony w antyramę z czerwonym passepartout. Zajął mi trochę dłużej, niż myślałam, bo zdecydowałam się wymienić zielone nitki na ładniejsze i bardziej pasujące, moim zdaniem. Wygląda naprawdę ładnie. Ten poprzedni aniołek oprawiony jest tak samo. Oba będą prezentami urodzinowymi. W serii Nataszy Mlodetski jest jeszcze jeden, ale trochę jeszcze poczeka na swoją kolej, bo zabrałam się właśnie za kończenie kolibra. Mam go chyba ze dwa lata (co za wstyd, że jeszcze w szufladzie leży! ale to taki obrazek na zimowe wieczory, a że śniegiem sypnęło, to czas na niego nadszedł). Zostały mi w nim do wyszycia ramki z bambusowych patyczków i cieniowania, czyli, szczerze mówiąc, największa nuda. Wczoraj dużo się myliłam i co chwila musiałam pruć (pewnie dlatego, że trochę zaniemogłam, kicham, prycham i pewnie też jaką gorączkę mam), ale przy odrobinie większej cierpliwości uda mi się go skończyć tej zimy, żeby wstydu więcej już nie było :) No i obiecałam oddać go mamie, która już się dopomina, gdy mówię jej, że znowu zaczęłam jakiś inny obrazek -'a co z moim kolibrem?!' heh...
A na koniec jeszcze Darkowy kotek, czyli igielnik :) Przyda się z pewnością, bo już nieraz bywało, że igła się gdzieś któremuś z nas zapodziała i była obawa, że komuś, za przeproszeniem w dupę się wbije. No i oczywiście ja też chcę taki!!! Tylko, że kot będzie w innych kolorach i sam igielnik będzie większy, bo ten jest miniaturowy i boję się, że zginie gdzieś razem z igłami.

środa, 24 listopada 2010

Zaczęliśmy produkcję ozdób choinkowych. To są pierwsze efekty okupione ciężką pracą w pocie czoła przez pół soboty. A było to tak: w sklepie widzieliśmy takie złote kulki z jakichś patyków. No to co będziemy kupować, skoro samemu można niegorsze zrobić. Wybraliśmy się do lasu, nazbieraliśmy cienkich brzozowych gałązek i z całą reklamówką ucieszeni ruszyliśmy do domu, żeby zabrać się za wyplatanie 'bombek'. I okazało się to wcale nie takie łatwe, jak wydawało nam się z początku. Patyczki wcale nie takie giętkie i nie chciały się przeplatać, a już na pewno nie trzymać razem w okrągłym kształcie i nie pomagały ani nitki, ani druciki, ani żadne kleje. Ale skoro małe chińskie rączki były w stanie coś takiego wyprodukować w dużych ilościach na sprzedaż w polskich supermarketach, to ja też będę mogła. Zawzięłam się i zrobiłam!!!! Dopiero na drugi dzień okazało się (jak już się dobrze przyjrzeliśmy tym sklepowym kulkom), że one są z rattanu, który wygina się jak kto chce i jest bardzo elastyczny, a nie z jakichś tam brzozowych witek! No nic, okazało się, że polska brzozowa wersja też jest wykonalna i zawiśnie na naszej choince :) Wersja ostateczna została pomalowana złotym lakierem i brokatem, którego niestety nie widać na zdjęciach. A poniżej kawałek linii produkcyjnej.


czwartek, 18 listopada 2010

moje pierwsze figurki z masy solnej. Normalnie lepię z gliny samoschnącej; co po wyschnięciu rozpada się na kawałki, trzeba skleić klejem (dobrze działa introligatorski, do tego bardzo szybko schnie) i dopiero wtedy pomalować i polakierować. No i też normalnie robię aniołki. Koty wyszły całkiem, całkiem, ten leżący ma taki szelmowski uśmiech, jak kocur z 'Kota w stanie czystym' Terry'ego Pratchetta (zarówno opisy, jak i rysunki są czaderskie). I jak tak przeglądam sobie swoje różne stworki ulepione, coraz bardziej mi się chce sięgnąć po glinę. A tymczasem czas zasuwa jak szalony i nie ma kiedy się zabrać za to, co by się chciało, a pomysłów akurat mi nie brakuje! Heh... Muszę nauczyć się bardziej sprężać, chyba... 
No i koty te przypomniały mi o urodzinach kumpeli, o których normalnie zapomniałam! A tak starałam się pamiętać, żeby nie zapomnieć. Zrobiłam je dla niej ponad rok temu! To chyba kolejny dowód na to, że czas płynie swoim, niespecjalnie uchwytnym dla mnie tempem.

piątek, 12 listopada 2010

Będzie jednak kolejny aniołek (ten na zdjęciu nie jest wyszyty przeze mnie, a znaleziony na blogu www.aggaw.blog.onet.pl). Kolorki właściwie będą te same, co w poprzednim aniołku (może 1-2 nowe dojdą). Też prosty do zrobienia i nie będzie też czasochłonny, a naprawdę ładniutki. Często właśnie to proste jest fajne. Chodzi mi też po głowie zrobienie kilku własnych rysunków i przerobienie ich w programie do haftu krzyżykowego; trzeba by było tylko backsticha samemu dorobić (no, chyba, że znajdę jakiś bardziej funkcjonalny program). Ale póki co to tylko chodzące po głowie myśli.

 Mamy też nowe pudełka-organizery na nitki. Podpatrzone u Magdy, wynalezione przez Darka na necie. Skończy się bałagan na stoliku, który kupiliśmy bardziej w celach kawowo-herbacianych, bo czegoś w okolicy kanapy brakowało. I tak mamy jedno duże pudełko (na różne zapasy mulinkowe) i dwa małe podręczne- po jednym dla każdego. Trwa już nawijanie (ja się ze swoimi nitkami jeszcze obijam), a efekt, jeszcze nie końcowy poniżej :)


środa, 10 listopada 2010

Jeszcze na tamborku, ale już skończony aniołek. Nie miałam pełnego wzoru, zabrakło w nim opisu kolorów, więc były dobierane na (Darkowe) oko, chyba dość trafnie, bo wygląda całkiem fajnie :) Chcę go oprawić w antyramę z jakimś kolorowym passepartout (czerwone wyglądałoby dobrze). A w kolekcji są jeszcze dwa aniołki, ale chyba poczekają, bo mam już inny pomysł wyszywankowy, też mały format (to ze względu na moją nieco ograniczoną cierpliwość). Czekają na mnie też kolejne krzywe domki, bo mamy plan, żeby oprawić wszystkie cztery obok siebie w długiej ramce. Ale nie chcę się z niczym poganiać wyszywanie ma sprawiać przyjemność, a nie być wyścigiem na ilość i szybkość.

niedziela, 7 listopada 2010

 ...trochę kulinarnie tym razem. Czasem lubię pobawić się w kuchni i ugotować coś bardziej wymyślnego. To danie akurat jest bardzo proste i powstało, gdy nie chciało mi się nic specjalnie gotować na obiad, a zjeść coś przecież trzeba czasem ;) Makaron tuńczykowy. Procedura całkiem prosta. Podsmażam na oliwie cebulę, dorzucam na patelnię puszkowanego tuńczyka, doprawiam czosnkiem, pieprzem, solą, bazylią (ja akurat mam na parapecie świeżą, jest bardziej aromatyczna od suszonej), dorzucam koncentratu pomidorowego, dolewam trochę wody, żeby za suche nie było. Gdy pod ręką jest jakiś ser, też nie zaszkodzi dorzucić. A na koniec kroję oliwki (ja przekrajam na pół w poprzek). Do tego makaron spaghetti ugotowany al dente. I gotowe! Na koniec jeszcze jedna fotka :)

środa, 3 listopada 2010


Już dwa domki z serii mini cottages Michaela Powella są gotowe. Do zrobienia jeszcze dwa. Ten po lewej jest mój (świeżo zdjęty z tamborka, bo skończyłam wyszywać wczoraj; jeszcze wieczorem bawiłam się z bakstichem; nie było tak masakrycznie jak myślałam, że będzie). A ten po prawej Darka. Urządziliśmy sobie małe koło gospodyń wiejskich w domu :)
W każdym razie wiem, że wolę małe formaty, przynajmniej szybciej widać efekt. Teraz zabieram się za aniołka Natashy Mlodetski (to będzie prezent urodzinowy dla koleżanki z pracy; do grudnia powinnam się spokojnie wyrobić). A co dalej, jeszcze nie wiem. Święta za pasem i trzeba trochę świątecznie pomyśleć z gliny, albo muliny; jeszcze nie mam konkretnej koncepcji. Ale na pewno efekty wrzucę tutaj.

czwartek, 28 października 2010


...zabawy ciąg dalszy. Dzisiaj przeglądałam zdjęcia moich aniołków z gliny. Wybrałam te dwa, żeby pobawić się nimi w PS. Dodałam do tego podpis zrobiony wspólnie z moim kochanym Darkiem :* Mam natchnienie na nowe gliniane kreaturki, może zabiorę się za nie w okolicy weekendu. Póki co choruję sobie w domu i wyszywam domki Michaela Powella. Efekt zamieszczę niedługo tutaj (mam nadzieję, że niedługo). A w międzyczasie zamierzam jeszcze pobawić się trochę fotoszopem i odświeżyć dawno nieprzeglądane tutoriale plus kilka nowych, które wygrzebałam dzisiaj na necie. 

poniedziałek, 25 października 2010

Startuję ze swoim blogiem :)

Wreszcie udało mi się zebrać w sobie i założyć tego bloga. Nie wygląda on jeszcze tak, jak bym chciała, ale udam się z pewnością na nauki (Magda, to o Tobie :) )
Będzie to trochę pamiętniczek, trochę 'kreatywniczek' z fotkami i opisami różnych moich kreatur :) A co dalej... zobaczymy na co mnie natchnie. Póki co wersja testowa trochę do zabawy, trochę do nauki.