czwartek, 27 grudnia 2012

Książki

Miał być wpis o świętach, choinkach, śniegu, itp., ale z racji na to, że zrobiło się cieplej, a na podwórku chlapa, zamiast zimowego śniegu, to pozostało tylko siedzieć w domu i czytać. I takim oto sposobem przeczytałam kolejną książkę Jodi Picoult, czyli 'Zagubiona przeszłość'. Bardzo podoba mi się sposób w jaki autorka kreuje narratora. Bo rozdziały jej książek są myślami i przeżyciami poszczególnych bohaterów książki. Tak, to zdecydowanie wydłuża całą historię (przy kolejnej książce pod rząd tej autorki może zacząć to lekko wkurzać... jak np. mnie zaczęło z deka), ale też i wzbogaca ją, bo na historię mamy spojrzenie z bardzo różnych stron.
A przy okazji jeszcze dwie, które bardzo polecam, a o których treści nawet nie napiszę, bo najlepiej jest książki po prostu przeczytać! Na podstawie 'Bez mojej zgody' nakręcono też film. Całkiem niezły, choć książka jest o wiele bogatsza i podobała mi się znacznie bardziej.



Na chwilę obecną podziękuję jednak pani Picoult, bo mam Trylogię Haruki Murakamiego. Gdy go niechcący zupełnie odkryłam, czytałam wszystko jego autorstwa, co mi w ręce wpadło. Mam chyba jakąś taką dziwną manię, że kiedy spodoba mi się jakiś autor, albo rodzaj książki, czytam wszystko, na co się natknę. Niedawno moim zdecydowanym numerem jeden był Terry Pratchett. Na razie został odłożony... zobaczymy na jak długo ;)

Książki mają w każdym razie to do siebie, że potrafią przenosić w zupełnie inną rzeczywistość, inne miejsca... Ponoć w szpitalu, często przebywałam w świecie Pratchetta...

piątek, 2 listopada 2012

Szyję, więc żyję ;)

Heh... leniłam się trochę (trochę to za mało powiedziane), ale wszystko zwalam na karb depresji jesienno-zimowej ;) W każdym razie udało mi się zagnać siebie siłą niemal do maszyny i w taki oto sposób uszyłam wreszcie torbę z materiału, który dostałam jeszcze latem. I tak nie jest źle, bo np. lawenda, którą wczoraj wpakowałam w woreczki (też uszyte własnoręcznie, ale już nieobfotografowane) leżała w szafie prawie przez rok. Na moje szczęście była szczelnie zamknięta i nie wywietrzała dzięki temu. Ale, jak to się mówi, głupi ma zawsze szczęście :)
Torba ze zdjęcia po dziś dzień nie jest wykończona i sterczą z niej jeszcze niepowiązane nitki. Jeśli ktoś ma pomysł na pognanie w cholerę lenia, chętnie wypróbuję. 
Podszewki w torbie nie ma z rozmysłu. To już nie z lenistwa :)

Kolejnym moim dorobkiem (już zakończonym, żeby nie było, że i tu jakieś nitki jeszcze sterczą) są pokrowce na poduchy, którym już się należała zmiana. Doczekały się ;) Materiału jeszcze ciupelkę mi zostało i wycięłam z niego podkładki pod kubki z kawunią (mniam), które już nawet przepikowałam, jeszcze 'tylko' nitki poprzeciągać i powiązać (coś, za czym nie przepadam, ale co zrobić trzeba niestety) i doszyć jeszcze lamówki (to już nie jest takie okrutne)Wychodzi na to, że jednak maszyny nie wyrzucę z domu, bo może się jeszcze przyda ;)
Przy okazji wygrzebałam fajny materiał z kotami (który nie przyznam się ile już czasu leży w szafie) i nad którym teraz się zastanawiam, bo pomysłów mam kilka, ale jeszcze o nich nie napiszę. 

I jeszcze na koniec już zupełny pochwalę się, że posiadam sokowirówkę i napędziłam trochę soku marchwiowo- dyniowo- jabłkowego. Smak zupełnie inny niż Kubusie i inne takie tam. A że jestem szczęśliwym posiadaczem rodziców z wiejskim ogrodem, to przynajmniej wiem skąd te owoce i warzywa. Do soku nie dodaję także witaminy E, także zdrowszy, niż butelkowy- sklepowy.

wtorek, 18 września 2012

Mikołajki, choć nie 6.12 :P

Jeszcze trochę weekendowo, mimo, że to już wtorek. Byliśmy sobie w Mikołajkach, tak zupełnie leniwie i o dziwo bez rowerów. Od piątku snuliśmy się po miasteczku, popijając kawusię i próbując lokalnych 'specyjałów' (co do których mam różne zastrzeżenia, ale... lepiej było, niż gotować samemu). Na początek kilka fotek z Galindii (nie wiem czy Galindowie, czy jak ich tam zwą żyli naprawdę, ale miejsce całkiem czarowne; choć... za 10zł za osobę, to za mało czarowne :P Nie, żebym była skąpa, ale wg mnie to zbrodnia w biały dzień, bo nawet w lokalnych Howienach- o których może kiedyś i napiszę, płaci się za wejście, ale za to później można to sobie od rachunku za coś do jedzenia, albo do picia odliczyć, a w Galindii ni chu chu... że się tak wyrażę).


Zdjęcia, jakie by nie były i ile by ich nie było, nie oddadzą uroku miejsca. A jest naprawdę przyjemne. Mnóstwo rzeźb drewnianych, niesamowite budynki z kolumnami z drzew z korzeniami; niektóre całe zarośnięte czymś w rodzaju winorośli. Robi to wrażenie niesamowite
.

A wszystko to nad jeziorem :)
A żeby nie było, że Mikołajek tu nie ma wcale, to wrzucę jeszcze kilka fotek i stamtąd. I aż się zachciało na żagle jakie pojechać, póki jeszcze odrobina pogody jest i śnieg nie sypie. Pożyjemy... zobaczymy...


No, a kolejny post to już musi być robótkowy. Trzeba rękawy zakasać i do roboty!!! :)


piątek, 14 września 2012

Poducha

Z brązowego, zakupionego jakiś czas temu materiału, uszyłam bratu urodzinową poduchę na nową kanapę (zrobił remont w domu i zażyczył sobie kilka drobiazgów, poduszka to jeden z nich). Finalnej fotki nie zrobiłam i doprosić się o nią także nie mogę. Tacy widać są bracia ;) W każdym razie wzięłam się za ten brązowy z oszukańskiego patchworkowego materiału. Ale, żeby nie było, przepikowałam jak należy, bawiąc się później z przeciąganiem, a później chowaniem nitek po lewej stronie (to chyba zajęło więcej czasu, niż samo szycie i zabawa w pikowanie). Poduszka nie jest kwadratowa, także po bokach doszyłam trochę brązowego materiału, z małymi białymi dodatkami (te paski widoczne na fotce niżej). Spód też cały brązowy, do tego jeszcze dwa guziki, żeby się ostatecznie trzymało na miejscu ;) I tak mnie natchnęło, żeby z reszty materiału uszyć też sobie poduchy (mam trzy, należałoby już chyba zmienić ich poszewki, dlatego czemu nie...)

 
Tu jeszcze fotka z lewą stroną poduchy (bo jak na pikowanie, wrzuciłam do środka ocieplinę i dałam jeszcze 'podszewkę'- czyli pozszywane kwałki satynowej białej bawełny z delikatnymi kwiatkami). 
 
 
Widoczne tu kwadraciki, to fotoszop, nie przyszywałam nic na lewej stronie poduchy. Tak w ogóle, to brak mi trochę chęci na szycie. Mimo, że plany już jakieś zaczynają powstawać. Dostałam kawał materiału różowego w czarne kwiaty (z opisu wychodzi na kicz, ale taki nie jest, nie jestem miłośnikiem różów), a którego powstanie torba na zakupy. Na razie materiał dojrzewa, a może to ja dojrzewam do niego (hmmmm?)
Nic to, weekend idzie coraz większymi krokami :) Miłego zatem.
 

 

wtorek, 21 sierpnia 2012

Przedszyciowo

Szczerze, to jeszcze niczego nie uszyłam. Jakoś zapał do pracy mi opadł. Ale, kupiłam (w szmatka łatka) materiały, które idą do mnie pocztą i mam nadzieję, że lada dzień dojdą. Na jeden mam pomysł, co prawda prosty, ale mam. Poduszki. Jedną zamówił sobie mój brat, który właśnie remont w swoim mieszkaniu poczynił, a z reszty materiału uszyję poduchy dla nas. Jest śliczny. Trochę szkoda, że nie trzeba już za wiele z nim robić, bo wygląda jak gotowy patchwork, ale... pomyślimy i może coś wymyślimy. Na początek dobrze bedzie zacząć nawet od zwykłego szycia, bez cięcia, byle sobie trochę 'popracować'.


Kolejne materiały zakupiłam sobie bez konkretnego pomysłu, ale za to po zobaczeniu materiałów zakupionych w Niemczech przez Magdę. Natchnęła mnie bezwiednie, ale za to słusznie i radośnie :) Coś zapewne z nich wymyślę. Są przepiękne! Mam nadzieję, że nie tylko na zdjęciu.


Zaniedbuję i bloga i swoje robótki masakrycznie. Tak sobie myślę, że może jak się zima zacznie, to jakoś najdzie mnie natchnienie... No cóż... samo nie przyjdzie, także trzeba zakasać rękawy i brać się do roboty! A 'robota' przecież przyjemna jest. Na koniec jeszcze fotka gotowej już narzuty. Jak widać, łóżko mamy masakrycznie małe. Wyjścia są dwa- albo przeprowadzamy się na swoje i tam zakupujemy sobie normalne łóżko, albo zostajemy jeszcze tam, gdzie jesteśmy i kupujemy łóżko, a to maleństwo wyrzucamy do przyjaciół, którzy mieszkają w domu i mają przechowalnię mebli krewnych i znajomych. Narazie nie stanęło jeszcze na niczym, także zobaczymy.




środa, 27 czerwca 2012

Rowerowo

Tym razem nieszyciowo i nierobótkowo, bo szczerze, to nic mi się nie chce! Raz, że pogoda do d... (do bani, rzecz jasna), a dwa, że jeszcze powoli wracam do siebie, raz bardzo pod górkę, a raz całkiem równo. Ale najważniejsze, że wracam :) W weekend byliśmy na rowerach. W za małym kasku, bo mój brat chciał swoim nowym przyszpanować i nie zapytał nawet czy to, co ja posiadam nadaje się do noszenia ;) No, a ja sama z siebie też nie powiedziałam. I ło tak ło to wyszło :P Niemniej jednak było całkiem fajnie, mimo, że trzeba mnie było na siłę z domu wypychać, bo bym spała pół dnia (no, w końcu to weekend, to jakże by inaczej)


 Ale, ale... Zareklamuję, choć nie moje to! Jakby ktoś był w okolicy Supraśla, zapraszam do Jarzębinki na babkę ziemniaczaną. Są też i kartacze i inne ziemniaczane wyroby, ale my zawsze na babkę jeździmy :) 


P.S. Jeszcze nie doszłam do tego, jak używać bloggera, żeby np. fotki wyświetlało jak należy. I tak cud, że pamiętam, że mam tego bloga, he he.

 

sobota, 9 czerwca 2012

Narzuta i inne mniejsze

Madziula kazała mi wrzucić koniecznie tego posta. Dała mi czas do jutra, ale niechże jej będzie, zrobiłam fotki (może i nienajpiękniejsze), ale zrobiłam, żeby nie było. Madzia pomogła mi przeogromnie, bo oprócz zagonienia mnie do roboty (co łatwe nie było), to jeszcze mi wielce pomogła, zachęcając i pomagając w szyciu. I w taki oto sposób przekonałam się, że maszyna Madzi jest lepsza od mojej (przede wszystkim jest dużo cichsza), ale o tym pewnie jeszcze pogadamy. Ale, ale, ale... mojej narzuty koniec niedługo. Zostało 'tylko' przyszyć lamówkę i jeszcze nitki poprzeciągać na drugą stronę. I jeszcze łóżko nieco większe kupić ;)


Skoro już piszę, to przy okazji się pochwalę szalikiem od Tofalarii. I przy okazji jeszcze raz za niego podziękuję, bo jest superowy! Nie dość, że ładny kolorystycznie, to jeszcze cienki i taki na polskie lato jak znalazł (co prawda jeszcze wiosna astronomiczna jest, ale już by się chciało, żeby zaświeciło słońce i by nie trzeba było parasola nosić gdzieś blisko przy sobie).



O masakreble!!! jak mi ciężko mi cokolwiek zrobić na tym blogu, coś napisać, dodać fotkę. Szok! szok! szok! Tak, przyznaję, że jestem w gorącej wodzie kąpana, że wszystko bym chciała od razu umieć, pamiętać, wszystko SAMA!!! Tymczasem życie jest nieco inne, bo po pierwsze nie wszystko muszę sama (do czego ciężko mi się przyzwyczaić, ale... tak będzie nawet i zdrowiej i wygodniej dla mnie), a po drugie nie wszystko jeszcze pamiętam, ale... jestem na mega prostej!!!! Kurczę, ja w tak szybkim czasie doszłam do siebie, zbieram się i dzięki przyjaciołom i bliskim mi ludziom wracam do wszystkiego co we mnie dobre, odrzucając te niefajne rzeczy. Tak, jeszcze ryczę, jak nie wiadomoco, ale praktycznie nie jest to bez powodu. Mam jeszcze trochę do poukładania w sobie i wokół siebie, ale do przodu, każdego dnia coraz bardziej do przodu. Trzymajcie kciuki, jeśli możecie i chcecie :)

A na koniec jeszcze coś, czego daaaaaaaaaaaa...aaaawno nie robiłam, czyli aniołki z gliny. Zrobiłam je w prezencie. Ten niebieski bardziej mi się podoba i został też, wg mnie lepiej przyjęty i oby się przysłużył osobie, która go dostała :)

niedziela, 27 maja 2012

Jestem!!!

Na razie bez zdjęć, ale trochę zdążyłam już zrobić. Nie było mnie, bo byłam chora. Dość długo w szpitalu, trochę w domu, a teraz wracam do siebie w pracy! Dziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki. Mimo swego wieku i dość dobrej kondycji miałam udar mózgu. Ryczę nadal jak o tym piszę, ale chyba się powoli z tego leczę. Naprawdę super, że żyję, że mam dwie ręce, że mówię, że chodzę, że nic praktycznie mi się nie stało. Ale jeszcze muszę sobie czasem popłakać, lżej mi się robi. Dziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki, a nawet i odwiedzali w szpitalu (w dwóch, bo byłam i w Białymstoku i w Warszawie). Mam nadzieję, że dość niedługo wrzucę też fotki swoich robótek :) Na razie po prostu super, że żyję!!! :)

czwartek, 19 stycznia 2012

narzuta się robi się

Mam już wszystkie bloki narzuty :) a nawet więcej, wszystko ponumerowane, poskładane i nawet już spora część pozszywana. Na razie nie myślę o tym, jak ja zapakuję to cholerstwo do maszyny, żeby przepikować, ale i na to przyjdzie czas. Całość ledwo zmieściła się na podłodze (po usunięciu z pokoju wszystkiego, co tylko się dało). Później przez dwa dni chyba się przyglądałam i przekładałam bloki, żeby do siebie bardziej pasowały, po czym przy zszywaniu się rypnęłam i zszyłam trochę nie tak, jak w planie było, ale nic to, jak to się mówi 'jakoś się zatytła'.

 
A co poza tym? Poza tym zima w Białymstoku wreszcie nastała, proszę Państwa :) Zdążyliśmy już w weekend wybrać się na dłuższy spacer do lasu, a nawet i dalej, jak już las się skończył. I przy okazji zdążyłam zachorować, ale nic to! Dziarsko pracuję zatem z domu i się kuruję. 

W międzyczasie zaczęłam na drutach dziargać czapkę. Już chyba z 10 ich zrobiłam, jeśli wziąć pod uwagę ilość przerobionych oczek, bo póki co, więcej prucia, niż robienia. Iż aż dziw bierze, że ja tyle cierpliwości mam. Nie może być! W każdym razie udało mi się doliczyć ile nabrać oczek, jak to całe przedsięwzięcie wrzucić na okrągłe druty i śmigać dookoła, a nawet już wykombinowałam jak później zwężać czapkę (przerzucę robótkę na druty pończosznicze, bo na okrągłych idzie mi potwornie krzywo; jeszcze tylko muszę się do tych 5 drutów przyzwyczaić, bo za luźno mi wychodzi w miejscach, gdzie czapka wchodzi na kolejny drut. Widać nie wszystko na raz). Fotek nie mam, a szkoda, bo bym sama widziała teraz ile już zrobiłam, ile sprułam i ile znowu zrobiłam. Wczoraj już doszłam do tego, że na tych 5 drutach zrzucałam oczka i... dzisiaj musiałam to wszystko spruć, bo okazało się, że się pośpieszyłam za bardzo i czapka byłaby za płytka. No nic, nie zrażam się jeszcze, a nawet kupiłam na allegro dwie kolejne włóczki- wełna + akryl (czysta wełna chyba za mocno gryzie); śliczne, melanżowe :) i jeszcze dostanę od mamy dwa swetry wełniane do sprucia i zrobienia z nimi co mi się chce. Z jednego już wiem, że zrobię skarpetki. Mój skarpeciarski debiut nie był może najszczęśliwszy, ale teraz się poprawię :) Co prawda zrobiłam wtedy skarpety sztuk dwie, które nawet wyglądały jak skarpety, ale były za to różnych rozmiarów, choć stopy mam całkiem takiej samej wielkości. Ale... najpierw czapkę trzeba skończyć.

niedziela, 1 stycznia 2012

Moda na kołderki nastała

Szyje się kolejna kołderka. Chyba zacznę przyjaźnić się z ludźmi, którzy mają dzieci, zwłaszcza, że dostałam też przedgwiazdkowy prezent w postaci nowych szmatek w dziecięce wzory (no, między innymi). A od samego już Mikołaja dostałam też mega dużą matę, bo źle mu się wycina na małej macie bloczki do narzuty :P
Kołderka znowu kolorowa w owieczki, którym się nie mogłam w sklepie materiałowym oprzeć (mam jeszcze taki sam materiał w wersji niebieskiej i nie zawaham się go użyć). Brakuje im jeszcze lamówki; będzie pomarańczowa. Pikowanki miały być nieco inne, ale zważywszy na moje znikome jeszcze umiejętności pikowania oraz fakt, że flanelka, którą dałam na spód, mimo, że mięciutka i śliczna zielona, szyje się niespecjalnie dobrze i brakowało mi podczas szycia rąk, żeby materiał nie tylko popychać, ale też i pod różnymi kątami układać i pilnować, coby było jak ma być (np. równo). Udało mi się za to ładnie wypikować owieczki, z czego aż dumna jestem, a co sobie będę pochwał żałować! :) A efekt na razie jest taki o:
Wcześniej jeszcze udało mi się uszyć podkładki ze świątecznych materiałów. Fotki wyszły takie sobie, a podkładki mają już nowych właścicieli, także nowych zdjęć nie będzie. Pocięłam szmatki na niesymetryczne kawałki, które później podczas szycia mi się myliły w kolejności, co oznacza trochę prucia, bo mam tę cechę, że często najpierw zrobię, a dopiero później pomyślę. Udało mi się za to całkiem nieźle z lamówkami- postęp! :) Naszła mnie też przy tej okazji refleksja, że kolejna maszyna będzie miała więcej ściegów ozdobnych (poza kilkoma innymi przydatnymi funkcjami). Problem tylko w tym, że nieprędko zakupię nową maszynę. Ta ma niecały rok przecież.
I jak już się chwalę, to jeszcze napiszę o gierkowym weekendzie. Łącznie z Sylwestrem upłynął nam na graniu właśnie. Tym razem jenga, Świat Dysku i Carcasonne. Omal północy nie przegapiliśmy podczas jednej z partyjek. Pewnie gdyby nie odgłosy fajerwerków z sąsiedztwa, gralibyśmy dalej. Powoli uzależniamy też wszystkich znajomych wokół :) Nie udało mi się wygrać niestety, co nieznacznie tylko wpłynęło na moją satysfakcję gierkową ;)
A przy okazji noworocznie życzę wszystkim, którzy tu czasem zagądają dużo pomysłów robótkowych, chęci, energii, wolnego czasu, kolorowych nitek, szmatek, filców, itp., a do tego jeszcze kilku spełnionych marzeń i kilku niespełnionych, żeby jeszcze było o czym marzyć.